Muzyka należy do najbardziej podstawowych potrzeb ducha ludzkiego.
TROCHĘ O ZAŁOŻYCIELU
PORTALU - MMwI

Portal "Muzyka Mistrzów w
Internecie", składa się z pięciu stron:
Bach,
Beethoven,
Chopin,
Mozart
oraz inne, o tematyce klasyki poważnej w języku polskim i angielskim. "Muzyka
Mistrzów w Internecie", to przedsięwzięcie mające za zadanie pokazywać, i
nauczać kultury muzycznej oraz wskazywać jej tajniki. Portal "Muzyka Mistrzów w
Internecie", pojawił się w 2005 roku. Jego założycielem i wydawcą jest
Tadeusz M. Dobrowolski. Portal "Muzyka
Mistrzów w Internecie", to przystań internetowa dla osób z polski i zagranicy,
oferujący informacje o tematyce z muzyki poważnej. Każdy kto tu trafi, z
przyjemnością odkryje coś dla siebie. Serdecznie zapraszamy do MMwI.
Tadeusz M. Dobrowolski
Krótka biografia Beethovena
Ludwig van
Beethoven, największy kompozytor w historii, urodził się w Bonn w 1770r.
Bardzo wcześnie ujawnił swój talent; jego pierwsze opublikowane utwory
pochodzą z 1783r. Jako młody człowiek odwiedził Wiedeń, gdzie poznał Mozarta;
ich znajomość trwała stosunkowo krótko w 1792r. Beethoven powrócił do Wiednia
i przez pewien czas studiował kompozycję pod kierunkiem Haydna, czołowego
wówczas kompozytora wiedeńskiego. W Wiedniu, który był w tym czasie muzyczną
stolicą świata, Beethoven miał spędzić resztę swojego życia. Niezwykła
wirtuozeria Beethovena w grze na fortepianie robiła wrażenia wszystkich
słuchaczach; dzięki temu szybko zyskał on powodzenie jako wykonawca, a także
jako Nauczyciel. Dużo komponował i już w wieku dwudziestu paru lat bez kłopotu
sprzedawał je wydawnictwom. Gdy Beethoven zbliżał się do trzydziestki,
pojawiły się pierwsze oznaki zanikania słuchu. Bardzo przejęty złowieszczymi
oznakami, myślał przez pewien czas o samobójstwie. Lata 1802 - 1815 uważane są
za okres środkowy kariery Beethovena. W miarę nasilania się utraty słuchu
zaczął unikać ludzi. Jednak nadal wiele komponował, lecz nie przywiązywał wagi
do upodobań ówczesnych słuchaczy, lecz mimo to nadal osiągał sukcesy. Przed
ukończeniem Pięćdziesięciu lat Beethoven ogłuchł zupełnie. Komponował coraz
mniej głównie dla siebie i dla przyszłych a nie teraźniejszych audytoriów,
zaprzestał występów. Podobno powiedział kiedyś krytykowi:
"to nie dla was, to
dla przyszłych czasów". Gdyby Beethoven nadludzkim wysiłkiem woli, mimo
głuchoty utrzymał dotychczasowy poziom swoich kompozycji, był by to
niewiarygodny wyczyn.
Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej
zaskakująca i zdumiewająca - właśnie w okresie zupełnej głuchoty powstały
największe arcydzieła - jego sztuka wzniosła się na jeszcze wyższy poziom.
Kompozytor zmarł w Wiedniu w roku 1827 w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat.
(ted)
Gdy spotykam się z kolegami, zarzekają się w duchu, i głośno mówią (cytuję):
"weź tą swoją muzykę poważną - Bacha, Beethovena,
Chopina, Mozarta i słuchaj sam, a nam włącz jakąś muzykę z innego gatunku, ok.
Przyzwyczaiłem się do ich krytycznej reakcji, ale zawsze chciałem, żeby
poznali chociaż
odrobinę wielkiego zasobu, jaką oferuje nam muzyka poważna.
Być może i ty powiesz, że muzyka klasyczna, jest stara i oklepana, więc i nudna. Powstała przecież tak dawno.
Zmieniała style, a ilu wspaniałych kompozytorów wychowało się i wyrosło do
rangi geniuszu muzycznego. W każdym
sklepie muzycznym spotkasz półkę z "classikami".
To prawda, ludzie nie walą drzwiami i oknami do sklepu, ale zazwyczaj ktoś
jest zainteresowany jej propozycjami. Tak samo jest z książkami:
"Odyseję" czy "Iliadę".
Napisano kilkanaście wieków temu, a cieszą się powodzeniem. Podobnie wiele firm jest
cenionych za to, że przetrwały przez długie lata na rynku. Często z chęcią
wracamy do starych, sprawdzonych rzeczy. Dlaczego więc nie postąpić tak z
muzyką klasyczną? Właściwie co nam szkodzi? Tak więc spróbujmy! Nie wiesz,
gdzie szukać? Nie znasz się na tym? Nigdy niczego takiego nie słyszałeś? Na
ostatnie pytanie nie możesz odpowiedzieć twierdząco. Nie słyszałeś? No,
rozumiem, nie słuchałeś. Ale nie to pierwsze. Przypomnij sobie stare
krótkometrażówki Disney'a. Wyobraź sobie mały domek gdzieś w lesie, poranek,
cisza, spokój, ogólnie sielanka. Słyszysz muzykę, jest jakaś taka lekka,
radosna, nawet ptaki świergotają, lecz przewija się w niej nutka napięcia -
może to chmura przesłaniająca słońce? Właściwie przyjemnie posłuchać jej bez
oglądania perypetii bohaterów. To właśnie klasyka - usłyszałeś utwór albo
Bacha, albo Mozarta. Piszę "albo, albo" gdyż
dzieła obu kompozytorów są zamiennie wykorzystywane dla
"ilustracji" poranków. Czy to jest poważne, ponure, a może pompatyczne?
Absolutnie nie! Wiele razy, słuchając klasyków,
odczuwałem radość, a może
nawet satysfakcję z odkryć typu: "ja to skądś
znam, a z tej kreskówki". Chociaż ostatnio, gdy słyszę jakiś podkład w
programie telewizyjnym, zauważam inaczej: "to "Alla
turca" ("Marsz turecki"). A teraz coś z
innej beczki. Pamiętasz "Kankana"? Znane, co?
Takie "coś" tańczono w Moulin Rouge, czy też
innych paryskich kabaretach. A ile teraz dzięki niemu zabawy! Wiele osób lubi
wygłupiać się przy tym kawałku. Lubi się wygłupiać przy muzyce poważnej,
muzyce klasycznej. Nie zastanawiasz się nad pochodzeniem tego kawałka -
to logiczne, ale dzięki temu się nie
uprzedzasz do niego. Czy
"wygłupiać się"
i klasyka się wykluczają? Jak widać na powyższym przykładzie, jednak nie!
Jednymi z moich ulubionych utworków są: "Taniec piskląt
w skorupkach" Musorgskiego i "Lot trzmiela" Rimskiego - Korsakowa.
Obydwa utwory to ilustracje muzyczne, które przedstawiają bardzo przyjemny
temat - zwierzątka. Same też są przyjemne, jak ich bohaterowie - zawsze
zdawały mi się dowcipne, choć to moje osobiste zdanie. Uważam, że przewagą
klasyki nad innymi nurtami muzycznymi jest jej różnorodność; to, że u jednego
kompozytora można spotkać utwory wesołe, prawie taneczne, ponure i smutne czy
też wzruszające i wzbudzające podziw swą monumentalnością. Skoro klasyka jest
taka uniwersalna, to właściwie dlaczego gonimy za nowościami? Po to, żeby być
na topie, słuchać tego, co modne? Szczerze mówiąc, sam nie mam pojęcia o
"nowoczesnej" muzyce, której słucha większość
moich kolegów i koleżanek. Jednak nigdy tego nie żałowałem i chyba nie muszę
czuć się gorszy. Tak więc nie zarzekajmy się muzyki i przyjemnego słuchania!
(ted)
W krzyżu Cierpienie
Człowiek od zawsze poszukuje Boga, "nasłuchuje",
"przeczuwa", próbuje zgłębić tajemnicę istnienia, szuka drogi prowadzącej ku
szczęściu, "ścieżki miłości, światła, pokoju i braterstwa". Doświadczenie
obecności Stwórcy, poznanie Go, jest dla wielu problemem całego życia. Czasem
bywa i tak, że zniechęcenie człowieka i "cisza" z drugiej strony prowadzą do
agnostycyzmu lub do różnych form negacji istnienia Boga i elementu
transcendentnego w człowieku.
Poszukiwania teologów
Jedną z wielu możliwości poszukiwań jest
teologia, postrzegana jako nauka o Bogu, a także jako słowo (logos) o Słowie
Wcielonym, jako próba mówienia o Nieskończonym. W ciągu wieków dyscyplina ta
wypracowała własny przedmiot, metody, język... Wszystko po to, aby poznać
Niepoznawalnego. Jeden z najbardziej przenikliwych teologów naszych czasów -
biskup Walter Kasper - problematykę teologiczną ustawia w perspektywie pytań o
istotę zła i niezawinionego cierpienia. Taka próba znalezienia odpowiedzi na
nurtujące człowieka pytania jest głęboko osadzona w doświadczeniu ludzi żyjących
po hekatombie wojen i kataklizmów naszych czasów. Człowiek, nie tylko ten, który
doświadczył gehenny wojny, spotyka się z cierpieniem, niesprawiedliwością,
bólem, chorobą, śmiercią. Dlatego też "pytanie o Boga jest dla cierpiących
pytaniem o współcierpienie Boga, identyfikację Boga z cierpieniem i śmiercią
człowieka". O solidarności cierpiącego Boga z cierpiącym człowiekiem dowiadujemy
się nie tylko z ewangelicznych opisów męki Pańskiej czy z dzieł Ojców Kościoła i
teologów. Cierpienie Zbawiciela, przyjmującego ofiarę każdego cierpiącego
człowieka, zajmuje poczesne miejsce w nauczaniu Kościoła, również i we
współczesnych jego formach (np. w Katechizmie Kościoła Katolickiego czy
encyklikach Jana Pawła II: Redemptor hominis i Dives in Misericordia).
Droga muzyków
Osoby odznaczające się większym stopniem
wrażliwości, np. twórcy sztuki, często w swoich dziełach, ilustrując przeżywane
cierpienie osobiste lub zbiorowe, dochodzą do mistycznego doświadczenia Boga -
Jego obecności, przemożnej opieki i delikatnej Ojcowskiej miłości. Wielki klasyk
- Ludwik van Beethoven (1770-1827), 6 października 1802 roku, jako dojrzały
kompozytor, w obliczu totalnej utraty słuchu napisał słynny list do braci, tzw.
Testament heiligenstadzki, odsłaniający rozmiary przeżywanej tragedii. Autor
Missa Solemnis ukazuje się potomnym jako artysta pozbawiony podstawowego
"narzędzia pracy", a jednocześnie wyrażający silną wolę realizacji swojej misji.
Wprost zwraca się do Wszechmogącego: "Boże, który oglądasz tajniki mojej duszy,
Ty znasz moje serce i wiesz, że pełne jest miłości i pragnienia, by czynić
dobro. (...) Kiedy będę mógł usłyszeć i odczuć w świątyni natury i w zetknięciu
z człowiekiem echo prawdziwej radości?". Miłość, dobro, radość i cierpienie - to
wartości, których można się doszukać między nutami kompozycji stworzonych przez
geniusza. Jedno z ostatnich dzieł Beethovena - IX Symfonia ze słynną Odą do
radości - uważane jest za obraz ostatecznego zwycięstwa miłości nad nienawiścią,
życia nad śmiercią, radości nad smutkiem i cierpieniem. Ostatnie partie dzieła
przez niektórych krytyków postrzegane są jako wizja "nowego świata", jako
"muzyczne uobecnienie Boga".
Poezja prowadząca do Boga
Poezja Cypriana Kamila Norwida to pieśń
cierpiącego i umęczonego człowieka, skierowana do Boga. Całe życie człowieka
ujmuje poeta jako pielgrzymkę "ku śmierci", a samą śmierć jako moment
najpełniejszej dojrzałości duchowej człowieka. Życie ku śmierci jest
równocześnie zdążaniem ku transcendencji, ku wolności, ku samemu Bogu. Nim
jednak nastąpi pełne zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi dokonać oczyszczenia
swego wnętrza z bezwiedności i niedojrzałości. Oczyszczenie to - zdaniem Norwida
- dokonuje się przez różne formy cierpienia, które pozwala człowiekowi dotknąć
misterium zbawienia, tajemnicy Boga samego.
Codzienne ciężkie cierpienie
Jedną ze ścieżek prowadzących do "dotykania"
rzeczywistości nadprzyrodzonej jest - wpisane w sposób nierozerwalny w ludzkie
życie - cierpienie. Różnie można tę drogę pokonywać, różnie o niej można mówić i
na różne sposoby można ją interpretować. Inaczej uczyni to - posługujący się
wypracowaną dla tego celu i bardzo konkretną terminologią - teolog, inaczej -
obdarzony zmysłem wrażliwej wyobraźni - artysta, a jeszcze inaczej - prosty,
często na stałe przygwożdżony do łóżka - chory. Każdy inaczej, a jednak jest
pewna cecha wspólna. Bóg w ludzkim cierpieniu pozwala odnaleźć się człowiekowi
takim, jakim jest. Pozwala mu się odkryć jako Ten, "który jest Miłością", który
"swego Syna dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie
wieczne", który "dla nas i naszego zbawienia stał się Człowiekiem". Droga
prowadząca od cierpienia do doświadczenia Boga jest drogą trudną i bolesną. Jest
drogą zakorzenioną jakby w Via Crucis samego Chrystusa. Człowieka może przerażać
perspektywa bólu, samotności, wędrowanie w oczekiwaniu i cieniu cierpienia.
Jednak warto pójść tą drogą, warto ją wybrać, chociaż inne wydają się prostsze.
Ta droga jest swoistego rodzaju twórczością, trudem, a ten po to jest, "aby się
zmartwychwstało". Taka jest właśnie perspektywa ludzkiego losu, taka jest droga
tego, który chce naśladować Chrystusa, taka powinna być każda życiowa
wędrówka... ku Bogu.
(ted)
Romantyzm Beethovena
Ideałem
klasycznej epoki był człowiek, jego możliwości, jego aspiracje. Ideałem epoki
romantycznej stał już nie człowiek uogólniony, lecz konkretny bohater (np.
Kościuszko). Kompozytorzy również pragnęli być bohaterami. Romantyzm był epoką
superlatywów. Dominowały subiektywizm i emocjonalizm. Sam wczesny romantyzm jako
nowy styl w muzyce wywodzi się z tendencji literackich, dużo wcześniejszych, a
każdym razie dużo wyrazistszych. Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć o tym, że
samo pojęcie romantyzmu w odniesieniu do muzyki wprowadzone zostało po przez
pisarzy oraz kompozytorów muzyki klasycznej. W osobie takiego artysty, lubiącego
romantyzm pojawia się młodzieniec Ludwig van Beethoven. Ideą młodego Beethovena,
jest geniusz i romantyzm, już w wieku młodzieńczym, który okazywał swe
skłonności do tego typu uczulania i myślenia o romantyzmie. W jego dziełach jawi
się nam lity system filozoficzny: subiektywna i wolna od konwencji; oryginalna w
najwyższym stopniu, jest wynikiem przeniknięcia materii ideą jedności dzieła
artystycznego. Można to znakomicie śledzić zwłaszcza w jego technice
architektonicznej. Ludwig van Beethoven, znakomity pianista, był oczywiście
autorem wielu dzieł o treści romantycznej. Kompozytor w swych utworach odkrywał
swe całe życie, cierpienie i troskę o piękno swej miłości. Muzyka Beethovena
znakomicie odzwierciedla przemiany w jego wczesnej młodości, która jest pełna
romantyzmu i szczęścia w życiu wielkiego kompozytora. Beethoven stara się w
swych zapisanych nutowych przekazać swój romantyzm, który otaczał jego przez
całe życie. Późniejsza walka z jego losem, głuchotą i jego niekończąca się miłością
do wszystkiego sprawia, że Beethoven popada w różnego rodzaju tarapaty. Takim
punktem jest depresja, nadużywanie trunków u kompozytora z powodu swej głuchoty.
Również w jego umyśle, bez przerwy tworzy się kompozycja za kompozycją.
Beethoven stara się drygować orkiestrą, ale bez żadnego rezultatu. Głuchota
zwycięża, a Beethoven popada w zatroskanie i głębsza depresję, a miłość jego
romantyzmu ucieka, jak wiatr snujący się po łąkach i morzach. Heroizm życia
Beethovena, i on sam, stał się legendą. Niewiarygodny jest przede wszystkim
optymizm u tego tak dotkliwie pokrzywdzonego przez los człowieka. Czołowy
przedstawiciel swojej epoki, Beethoven, był fanatykiem komponowania stopniowego;
od niejasnej idei ogólnej do kryształowo czystej i doskonałej formy ostatecznej.
Znaczenie Beethovena polega na rozszerzeniu skali w dziedzinie formy zwartej,
bogatej muzycznie logicznej. W tym sensie muzyka Beethovena jest kwintesencją
doskonałości klasycznej oraz romantycznej.
(ted)
Geniusz i dziewczyna
Anna
Holtz, młoda kompozytorka, wspina się po schodach Domu Czarnych Hiszpanów w
Wiedniu. Puka do drzwi. Z korytarza wysuwa się sąsiadka. - Nie pukaj, wejdź -
tłumaczy młodej - on i tak nie słyszy. Wchodzimy i niemal czujemy zapach
graciarni. Beethoven siedzi tyłem, przy fortepianie, w wysokim metalowym
kołnierzu odbijającym dźwięki. Wygląda jak nieludzkie monstrum, ale kiedy
odwraca się, rozpoznajemy rysy znane z portretów. Pracuje nad Dziewiątą
Symfonią. Ta scena dzieje się w roku 1824, ale tworzy iluzję teraźniejszości.
Anna - postać fikcyjna - wydaje się postacią współczesną, łączy oba czasy,
jest naszą wysłanniczką. Wchodząc bez pukania z plikiem przepisanych nut,
spełni swoje marzenie - być blisko geniusza. Nie jest typem fanki, która musi
grzać się w cieple cudzego talentu, ani maniaczką otaczającą kultem
artystę-idola, który na niedostępnych szczytach rozmawia z Bogiem. On,
komponując, pracuje ciężko jak górnik. Ona będzie pracować z nim. Nie "dla
niego", tylko właśnie "z nim razem". Anna zdaje sobie sprawę, że nie ma
talentu Beethovena, ale jest jego genialnym odbiorcą. Potrafi się wczuć,
słyszeć, rozumieć jak on. Zostanie jego kopistką. Ma w tym ukryty cel,
pragnienie wzajemności. Chce pokazać Beethovenowi swoje własne kompozycje.
Reakcja mistrza będzie brutalna, ale jednak nie zaburzy ich przyjaźni, tym
bardziej zwiąże ich ze sobą. Oboje przejdą pomyślnie próbę szczerości. Anna
jest potrzebna Beethovenowi tak samo jak on jej. Geniusz potrzebuje pomocnika.
Kopista Pana Boga
Okiem kopistki (Diane Kruger) oglądamy mozół i brud, wśród którego powstaje
dzieło. Ed Harris eksponuje gwałtowność, rubaszność swojego bohatera. Nie ma w
tym żadnej przesady, to samo mówią relacje współczesnych. Beethoven,
dyrygując, "opuszcza się na kolana, przy forte skacze w górę, ramiona i ręce
mając w tysiąckrotnym ruchu". W swoim pokoju rano "zlewa się wiadrem zimnej
wody od stóp do głów, mruczy przy tym, wyje, śpiewa i tworzy. Ledwie odziany,
pędzi przez ulice na pola..." (cytuję za przedwojenną biografią Beethovena
"Przybłęda boży" Witolda Hulewicza). Pytanie: na czym polega talent? Na
umiejętności wsłuchania się w siebie? Głuchy geniusz w pewnym sensie sam uważa
się za kopistę. On tylko przepisuje na papier dźwięki, które tłoczyły się w
jego umyśle. Choć potrafi w przypływie euforii zawołać: "Doskonale rozumiemy
się z Wszechmocnym!". Agnieszka Holland dotyka w tym filmie paradoksu wielkiej
twórczości, która z jednej strony jest wyrazem potężnego ja, a z drugiej
strony to własne ja przekracza. Forma, do której dąży mistrz, nie jest jego
własnością, jest ponadludzka czy raczej międzyludzka. Pierwsza, wizyjna scena
filmu - podróż Anny do umierającego Beethovena - pokazuje, jak muzyka opuszcza
autora i żyje własnym życiem.
Symfonia Radości
Jak
często u Holland (co czasem bywa jej słabością, ale tu jest siłą) energia
filmu bije nie z epickiego toku opowiadania, tylko z wnętrza poszczególnych
scen. Tak jest właśnie ze wspaniałą sekwencją pierwszego wykonania Dziewiątej
Symfonii 7 maja 1824 roku w wiedeńskim Kaertnertortheater. Szlagierowa
Beethovenowska muzyka nie jest tu samograjem, ma funkcję dramatyczną.
Następuje lustrzane odwrócenie ról. Anna, ukryta wśród orkiestry, dyryguje
Beethovenem. Poddaje głuchemu mistrzowi takt, a on powtarza jej ruchy
przypominające lulanie dziecka. Sytuacja, która naprawdę miała miejsce (ktoś
pomagał Beethovenowi dyrygować), nabiera symbolicznego sensu. Widzimy, jak
sztuka się rodzi między ludźmi, a potem idzie "od człowieka do człowieka".
Czternastominutowa sekwencja prawykonania Dziewiątej - pełna napięcia,
mijająca błyskawicznie - pokazuje, że w tym "międzyludzkim" mieści się także
Bóg Beethovena. Archaiczna, religijna świadomość spotyka się w tym filmie ze
świadomością nowoczesną. Nie na darmo Gombrowicz zachwyca się w "Dzienniku"
formą Beethovenowską, podziwia łatwość, z jaką wyrażał w swojej muzyce to,
czym żył. Symfonia się kończy. Nie słychać braw. Beethoven ich nie słyszy.
Widzimy tylko klaszczące ręce zachwyconych słuchaczy. Na moment zostajemy
przeniesieni do wnętrza jego świadomości. Możemy kontemplować czystą wartość
sztuki, a nie tylko sukces potwierdzony oklaskami. Po chwili Anna obróci
mistrza twarzą ku widowni i wtedy dopiero usłyszymy huk braw. Ktoś zawoła: To
boskie! Beethoven odkrzyknie mu: Wiem! Nie pycha artysty każe mu tak
powiedzieć, tylko pokora wobec Formy. Podczas "Ody do Radości" wszystko się
łączy. Nie ma niższości i wyższości. Autor, wykonawcy, kopista i słuchacze
stoją w jednym kręgu. To nic, że są brzydcy i grzeszni. Twarze chórzystów są
nieładne, ale to oni tworzą tę muzykę. Na widowni jest kuzyn Karol, w którym
Beethoven pokłada złudne nadzieje, hazardzista, regularnie okradający stryja -
ma twarz zalaną łzami. W tym jednym momencie zdaje się, że "wszyscy będą
braćmi", wszyscy będą zbawieni. Schillerowska Radość prowadzi słuchaczy na
próg, za którym "mieszka Ojciec niezmierzony i kochający". Film Holland jest
wypełniony marzeniem o takim ojcu, z którym równocześnie można być za pan
brat. Czy Beethoven nie jest figurą takiego ojca dla Anny?
Rozsunięcie mgły
Zuchwała idea obecna już w poprzednich filmach Agnieszki Holland - w "Trzecim
cudzie" czy w telewizyjnym "Dybuku" - w "Kopii mistrza" osiąga pełnię wyrazu.
Chodzi o pokonanie dualizmu, poczucie jedności świata. Zderzyć ze sobą to, co
ludzkie i boskie, duchowe i cielesne, piękne i brzydkie. "To brzydkie!" - w
pierwszej chwili reaguje Anna na Wielką Fugę Beethovena. "Tak, brzydkie! -
zgadza się mistrz - Ale czy piękne?". Czy da się ściągnąć Boga na ziemię bez
poniżenia boskości? Wszystko jest ludzkie, wszystko jest naszym udziałem -
mówi ten film. Jego prawdziwym bohaterem jest nie tyle Beethoven, ile Anna
Holtz nosząca nie przypadkiem inicjały reżyserki. W ramy biograficznej
opowieści o Wielkim Człowieku wpisała dramat człowieka poszukującego zgody z
sobą samym, potwierdzenia własnej wartości. Opowiedziała nam historię
samorealizacji, wyzwolenia osobowości, której nie zagłuszył kontakt z
wielkością. W tym sensie jej Anna jest odwrotnością zazdrosnego Salieriego z
"Amadeusza" Formana. Jest natomiast powinowatą Julii z filmu Kieślowskiego
"Trzy kolory. Niebieski", gdzie Holland była konsultantką scenariusza. To nic,
że jesteśmy kopistami. Każdy z nas na swoją miarę uczestniczy w wielkości. Ten
film, oglądany w mglisty polski jesienny wieczór, podnosi na duchu. Spełnia
jakąś dobrą, terapeutyczną rolę w świecie spłaszczonych perspektyw,
przepełnionym informacjami o ludzkiej małości i podłości, gdzie medialna
wielkość jest zaledwie kategorią jednodniową. Można przez chwilę uwierzyć, że
poza warstwą otaczającej nas mgły kryje się coś wielkiego.
(ted)
Wyznanie Ludwika van Beethovena
I rzekł Amazjasz do Amosa: «Widzący”, idź,
uciekaj sobie do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej
nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą». I
odpowiedział Amos Amazjaszowi: «Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem
proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory». Od trzody bowiem
wziął mnie Pan i rzekł do mnie Pan: Idź, prorokuj do narodu mego,
izraelskiego!”
Czytanie z Księgi Amosa uświadamia nam, że o
powołaniu nie decyduje pochodzenie społeczne, zamożność ani wykształcenie, ale
wola Boża. Powołanie daje Bóg. Powołanie jest uzdolnieniem człowieka przez Boga
do spełnienia jakiejś szczególnej misji w społeczności ludzkiej. Nie ma większej
tragedii dla człowieka, jak zawinione zejście z tej drogi wytyczonej nam przez
Opatrzność. Nie mniejszą tragedią są trudności, które jawią się na tej drodze i
uniemożliwiają realizację obranego celu życia. Tak było z Ludwikiem Beethovenem
(1770—1827. Od 1792 roku przebywa w Wiedniu, gdzie tworzy swoje genialne dzieła
muzyczne. Zaczyna się czuć w swoim żywiole. Muzyka staje się jego powołaniem i
pasją życia. I oto w roku 1798 traci częściowo słuch, a z czasem całkowicie.
Czuje się jak ptak z podciętymi skrzydłami. Mimo to tworzy nadal, ale można
sobie wyobrazić, jaka to była twórczość bolesna.
(ted)
Beethoven - wyznaje:
O
wy, ludzie, którzy mnie widzicie nienawistnego, upartego mizantropa, jakże
krzywdzicie mnie, nie znacie tajemnej przyczyny tego, co wam się takim wydaje —
serce moje i umysł od dzieciństwa usposobione były ku słodkim uczuciom
życzliwości, spełnianiu własnych wielkich czynów — ale zważcie, że od sześciu
lat owładnął mną stan nieuleczalny, pogarszany przez nierozumnych lekarzy — z
roku na rok oszukiwany w nadziejach polepszenia, zmuszony wreszcie do
świadomości trwałego nieszczęścia — zrodzony z ognistym żywym temperamentem, sam
wrażliwy na rozrywki towarzyskie, musiałem wcześnie odosobnić się, samotnie
spędzać życie, a choć niekiedy chciałem wynieść się ponad to wszystko, o jakże
twardo spychało mnie z powrotem smutne doświadczenie mego złego słuchu, a jednak
jeszcze nie potrafiłem powiedzieć ludziom: głośniej mówcie, krzyczcie, bo jestem
głuchy... Zmysł, który u mnie winien być w doskonalszym stopniu niż u innych
ludzi, zmysł, który ongi posiadałem w najwyższej doskonałości, jaką ma i miało z
pewnością niewielu w moim fachu. — Jak banita żyć muszę. — Co za upokorzenie,
kiedy ktoś stał przy mnie i z oddali fletnię słyszał, a ja nic nie słyszałem,
albo ktoś słyszał śpiew pastuszka, a ja nic nie słyszałem; wydarzenia takie
pchały mnie na krawędź rozpaczy, już, miałem życie zakończyć sam...”
(ted)
TESTAMENT BEETHOVENA NAPISANY W HEILIGENSTADT
Moi bliźni, którzy uważacie mnie albo nawet
opisujecie jako nieprzyjaznego, opryskliwego czy nawet mizantropa, jakże ogromną
krzywdę mi czynicie. Nie znacie bowiem ukrytej przyczyny, dla której takim się
Wam wydaję. Już od dzieciństwa moje serce i duszę przepełniała czułość i dobroć
i zawsze gotowy byłem nawet do wielkich czynów. Ale pomyślcie tylko, przez
ostatnie sześć lat cierpię na nieuleczalną chorobę, którą pogorszyli jeszcze
nieumiejętni lekarze. Z roku na rok stopniowo pryskały nadzieje na wyleczenie i
w końcu muszę spojrzeć w twarz trwałemu kalectwu (którego wyleczenie może
potrwać lata albo w ogóle okazać się niemożliwe). Choć obdarzony namiętnym i
żywym temperamentem, rozlubowany nawet w rozrywkach życia towarzyskiego, rychło
musiałem szukać samotności żyć w odosobnieniu. Jeśli czasem wolałem lekceważyć
swą ułomność, ach, niestety, jakże okrutnie powściągało mnie wówczas tym
żałośniejsze poczucie słabości mego słuchu. Nie mogłem się jednak zdobyć na
powiedzenie ludziom: "Mówcie głośno, krzyczcie, bo ja jestem głuchy!" Niestety,
jakże mógłbym się przyznać do przytępienia zmysłu, który powinienem mieć o wiele
doskonalej rozwinięty niż inni ludzie, zmysłu, którym kiedyś władałem w
perfekcyjnie, do takiego stopnia perfekcji, jakim w moim zawodzie władają i
kiedykolwiek władali nieliczni. - Ach, tego zrobić nie mogę; wybaczcie mi więc,
jeśli zobaczycie kiedy, że unikam Waszego towarzystwa, którym zwykłem się
radować. Co więcej, cierpię z powodu mojego nieszczęścia podwójnie o tyle, o ile
prowadzi ono do fałszywych sądów na mój temat. Nie dla mnie wytchnienie w
towarzystwie ludzi, wykwintne rozmowy, wzajemne zwierzenia. Muszę żyć zupełnie
sam, a zakradać się do towarzystwa mogę tylko wtedy, kiedy wymaga tego
konieczność; muszę żyć jak wyrzutek. Jeśli pojawiam się w towarzystwie,
przytłacza mnie palący niepokój, że ryzykuję, iż ludzie zauważą mój stan. I tego
to nauczyło mnie ostatnie sześć miesięcy, które spędziłem na wsi. Rozsądny
lekarz, radząc, bym oszczędzał słuch, na ile to możliwe, do pewnego stopnia
umocnił mnie w mojej naturalnej skłonności, choć niekiedy folgowałem
instynktownemu pragnieniu ludzkiego towarzystwa, pozwalałem sobie nawet ulegać
pokusie szukania go. Ale jakże czułem się upokorzony, kiedy ktoś stojący obok
dosłyszał z oddali dźwięk fletu, a ja nie słyszałem nic, lub też jeśli ktoś
dosłyszał śpiew pastuszka, a ja znowu nic nie słyszałem - Takie rzeczy
przyprawiają mnie niemal o rozpacz i już chciałem położyć kres swojemu życiu -
jedyna rzecz, jaka mnie powstrzymywała, to moja sztuka. Naprawdę bowiem wydawało
mi się niemożliwe opuścić ten świat zanim stworzę te wszystkie dzieła, które
czuję, że muszę skomponować; i tak wlokłem tę nieszczęsną egzystencję - naprawdę
nieszczęsną, zważywszy, że ciało mam tak wrażliwe, że każda dość nagła zmiana
może mnie z najlepszego nastroju wtrącić z najgorszy - Cierpliwość - oto cnota -
jak mi mówią - którą muszę teraz obrać sobie za przewodniczkę; i mam ją teraz;
mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu, aby wytrzymać do końca, aż nieubłagane
Parki zechcą przeciąć tę nić; może stan mój się poprawi, a może nie; w każdym
razie nie buntuję się już - W wieku dwudziestu ośmiu musiałem stać się
filozofem, choć nie było to łatwe; jest to bowiem, zaprawdę, trudniejsze dla
artysty niż dla kogokolwiek innego - Boże Wszechmogący, który widzisz sekrety
mej duszy, Ty znasz moje serce i wiesz, że pełne jest miłości dla ludzi i
pragnienia, by czynić dobro. Och, moi bliźni, kiedy pewnego dnia to
przeczytacie, pamiętajcie, żeście mnie krzywdzili; i niechaj jakiś nieszczęśnik
znajdzie pociechę w myśli, że spotkał innego, równie nieszczęsnego, który,
niezależnie od wszelkich przeszkód narzuconych mu przez naturę, uczynił jednak
wszystko, co w jego mocy, by wznieść się w szeregi szlachetnych artystów i istot
ludzkich. - A Wy, moi bracia, Karlu i [Johannie], kiedy umrę, poproście w moim
imieniu profesora Schmidta, jeśli będzie jeszcze żył, aby opisał moją chorobę, i
dodajcie ten spisany dokument do jego raportu, tak abym przynajmniej po śmierci
mógł pojednać się ze światem, na ile to możliwe - Jednocześnie niniejszym
wyznaczam Was obydwu spadkobiercami mojej skromnej własności (o ile mogę to tak
nazwać) - podzielcie ją między sobą sprawiedliwie, żyjcie w zgodzie i pomagajcie
sobie wzajemnie. Wiecie, że już dawno Wam przebaczyłem krzywdę, jaką mi
wyrządziliście. Jeszcze raz dziękuję, przede wszystkim mojemu bratu Karlowi, za
uczucie, jakie mi okazał w ostatnich latach. Moim życzeniem jest, abyście mieli
lepsze i bardziej beztroskie życie, niż ja miałem. Napominajcie swoje dzieci, by
były cnotliwe, tylko bowiem cnota może człowieka uczynić szczęśliwym. Pieniądze
tego nie potrafią. Mówię z doświadczenia. To cnota była mi oparciem w niedoli.
To dzięki cnocie, a także sztuce, nie skończyłem ze swoim życiem przez
samobójstwo - żegnajcie i kochajcie się nawzajem. - Dziękuję wszystkim moim
przyjaciołom, a szczególnie Księciu Lichnowskiemu i profesorowi Schidtowi.
Chciałbym, żeby któryś z Was zatrzymał instrumenty Księcia Lichnowskiego, jeśli
to nie doprowadzi między Wami do kłótni. Ale gdyby miało to przynieść większy
pożytek, po prostu je sprzedajcie; a jakże będę szczęśliwy, jeśli leżąc w grobie
wciąż będę mógł się Wam przydać. - Cóż, to już wszystko - radośnie idę na
spotkanie śmierci - gdyby przyszła, zanim zdążę rozwinąć cały swój talent
artysty, wówczas, mimo że mój los jest tak ciężki, przyszłaby za wcześnie, toteż
bez wątpienia chciałbym odsunąć jej przyjście - Choćby nawet i tak, powinienem
być zadowolony, bo przecież czyż nie uwolni mnie wtedy od nieustannego
cierpienia? Przybywaj więc, o śmierci, kiedy chcesz, a ja z odwagą wyjdę ci
naprzeciw - Żegnajcie, a kiedy już umrę, nie zapominajcie zupełnie o mnie.
Zasługuję na to, abyście mnie wspominali, bo przez całe życie często o Was
myślałem i starałem się czynić Was szczęśliwymi - Bądźcie szczęśliwi.
Ludwig van Beethoven
Dla moich braci Karla i ... [Johanna]
Heiligenstadt, 10 października 1802 - I tak Was opuszczam - i, co więcej, dość żałośnie - tak, nadzieję, jaką żywiłem - nadzieję, którą tu przywiozłem, na wyleczenie przynajmniej w jakimś stopniu - tę nadzieję muszę teraz już zupełnie porzucić - Tak jak te jesienne liście spadają i więdną, tak samo - zwiędła dla mnie ta nadzieja. Odjeżdżam stąd - niemal w tym samym stanie, w jakim przyjechałem - Nawet ta szczytna odwaga, która często dodawała mi otuchy w piękne letnie dni - zniknęła. Ach, Opatrzność - proszę Ją o bodaj jeden dzień czystej radości - Od tak dawna nie odbrzmiewa we mnie echo prawdziwej radości - Kiedy, ach, kiedy, Boże Wszechmogący, będę mógł znów to echo usłyszeć i odczuć w świątyni natury i w zetknięciu z człowiekiem - Nigdy? - Nie - To byłoby zbyt straszne.
Do przeczytania i wykonania po mojej śmierci - Heiligenstadt, 6 października 1802 r.
(ted)
Wieczna miłość - polecamy ten film!
Udane połączenie filmu biograficznego z romansem
i kryminałem. Po śmierci Beethovena odnaleziony zostaje testament w, którym
wszystko zapisuje swojej wieczna miłości nie podając jednak jej imienia.
Najbliższy przyjaciel mistrza rozpoczyna poszukiwania. W filmie doskonale
wykorzystana została muzyka kompozytora i dzięki temu, mimo, że fabuła nie jest
zbyt oryginalna, film ogląda się znakomicie. Umiera Ludwig van Beethoven. Anton
Felix Schindler, jego przyjaciel i sekretarz, przeszukuje w jakimś celu całe
mieszkanie kompozytora. Obok Antona stoi brat Ludwiga, Johann, który twierdzi,
że wszystko, co pozostawił po sobie Ludwig, należy do niego. W pewnym momencie w
zakamarkach jednej z szuflad Anton znajduje owinięty sznurkiem zwitek papierów –
w jednym z nich czyta: "Cały mój majątek i wszystkie moje kompozycje zostawiam
jedynej spadkobierczyni, mojej Nieśmiertelnej Ukochanej". Od tej chwili cały
swój czas poświęca na znalezienie Nieśmiertelnej Ukochanej Ludwiga van
Beethovena, jego Wiecznej Miłości. Prezentowany obraz ma proporcje 2.35:1, a
zapisany został anamorficznie. Niestety, daleko mu do ideału, jaki chcielibyśmy
oglądać z krążka DVD. Kompresja, jakiej poddano obraz, spowodowała, że efekt na
ekranie jest słabiutki. Całość jest nieostra (minimalnie mniej podczas mocno
rozświetlonych scen), kolory są mocno rozmyte, nie najlepszy kontrast. Szkoda,
że tak ciekawy film nie otrzymał należnej mu otoczki wizualnej. Na płycie
znalazł się dźwięk nagrany w Dolby Digital 2.0. Pomimo skromnej liczby kanałów
efekt jest bardzo dobry. Odpowiednio zdekodowany i wzmocniony za pomocą
wzmacniacza i procesora Pro Logic dźwięk potrafi mocno i z detalami rozbrzmieć w
całym pomieszczeniu. Całość mocno i zdecydowanie gra z całego przodu systemu
głośników kina domowego, delikatnie brzmią też głośniki tylne. Zdarzają się
sporadycznie sceny, w których do uszu docierają zwykłe szumy, co jest pewnym
minusem. Dostępna na płycie wersja z polskim lektorem także została nagrana w
Dolby Digital 2.0, a efekt całości jest dosyć dobry. Lektor nie przeszkadza
muzyce słyszanej w tle filmu, prawie całkowicie jednak tłumi oryginalne
dialogi... ale w końcu taki ma cel. Dodam, że DD 2.0 to oryginalny format
dźwięku, z jakim film był wyświetlany w kinach. Dodatkami na płycie są same
materiały filmowe. "O produkcji" to pięciominutowy filmik, który ma przybliżyć
fabułę obrazu. Poprzeplatany dużą liczbą fragmentów filmu oraz krótkimi
wypowiedziami twórców jest całkiem interesująco zmontowany, a tym samym łatwo
przystępny. "Ujęcia z planu" (7 min) to kilkanaście krótkich ujęć z planu
produkcyjnego. "Aktorzy i twórcy o filmie" to zbiór wypowiedzi poszczególnych
osób związanych z filmem. Prezentacja ma formułę, której nie lubię - wybrane są
pojedyncze wypowiedzi aktorów, czasem urwane "w pół zdania" i zlepione są ze
sobą za pomocą jednosekundowych przerywników w postaci czarnej planszy. W tego
typu zlepku wypowiedzi nie usłyszymy nigdy zadawanych pytań. Fragment dotyczący
jednej osoby trwa od 30 sekund do 2 minut. Aktorzy opisują grane przez siebie
postaci, natomiast twórcy starają się zainteresować widza fabułą filmu. Na
koniec mamy możliwość obejrzenia jeszcze trzech zwiastunów filmu. Na plus
dodatków należy uznać, że wszystkie są przetłumaczone na język polski (lektor).
Film okraszony prawie całkowicie muzyką Ludwiga van Beethovena ogląda się bardzo
dobrze. Szkoda tylko, że realizacja obrazu w porównaniu z dźwiękiem jest bardzo
słaba. Polecam obejrzenie filmu, chociaż po cichu liczę, że jeszcze kiedyś będę
miał szansę zobaczyć go w pełnej krasie.
(ted)
Beethoven van Ludwig
Ludwig van Beethoven urodził się w 1770 r. w Bonn,
wówczas obskurnym mieście prowincjonalnym. Przyszedł na świat w rodzinie o
muzycznym rodowodzie - jego ojciec i dziadek byli muzykami bońskiej kapeli
dworskiej - ale przez pierwszych kilkanaście lat życia nie wykazywał
szczególnego zainteresowania muzyką. Okres szczęśliwego dzieciństwa zakończył
się dla niego w 1773 r. wraz ze śmiercią dziadka. Alkoholizm ojca doprowadził
rodzinę do ruiny, z której podźwigną ją dopiero dwunastoletni Ludwig zarabiając
jako pomocnik nadwornego organisty. Mimo ciążącego na nim obowiązku utrzymania
rodziny, jego nieoczekiwanie odkryty talent muzyczny rozwijał się tak
obiecująco, że w 1787 r. w wieku 17 lat młodzieniec został wysłany do Wiednia.
Stolica Austrii stanowiła wówczas europejskie centrum kultury i przyjęła
Beethovena bardzo gościnnie. Podczas kilkumiesięcznego pobytu został wprowadzony
do najlepszych domów, nadążał za nowinkami mody i stał się ulubieńcem pań z
towarzystwa.
Cenne znajomości
Niebawem został przedstawiony Mozartowi , co
zaowocowało kilkoma lekcjami muzyki z samym mistrzem. Szczęście Beethovena nie
trwało jednak długo: już wkrótce otrzymał wiadomość o śmierci matki.
Rozgoryczony powrócił do Bonn, nie mogąc przeboleć utraconej szansy. Przez pięć
lat utrzymywał się z lekcji muzyki w rodzinie pewnej zamożnej wdowy. Dzięki niej
po raz kolejny nawiązał kontakty z wpływowymi osobistościami. Nieoczekiwanie
twórczość Beethovena zyskała uznanie w oczach austriackiego kompozytora Haydna,
który zaprosił go do Wiednia w 1792 r. Beethoven przyjął zaproszenie i na dobre
opuścił rodzinne miasto. Wiedeń lat dziewięćdziesiątych osiemnastego wieku
zdawał się czekać na dwudziestodwuletniego Beethovena. Mozart zmarł w 1791 r., a
kochający muzykę wiedeńczycy rozglądali się za godnym następcą. Dzięki kontaktom
nawiązanym w Bonn drzwi najświetniejszych salonów wiedeńskich stały dla
Beethovena otworem, przysparzając mu coraz liczniejszej rzeszy słuchaczy. Wraz
ze wzrostem popularności rosły gaże za kompozycje, publikacje i lekcje muzyki.
Nieuleczalna głuchota
U schyłku XVIII w. Beethoven stanowił największą
chlubę Wiednia. Zarabiał znacznie więcej niż inni kompozytorzy, a jego sława
sięgała poza granice Austrii. Nieoczekiwanie jednak na horyzoncie jego
szczęśliwej egzystencji pojawiła się ciemna chmura: dały o sobie znać pierwsze
problemy ze słuchem. Długi korowód lekarzy poddał go szczegółowym oględzinom na
okoliczność wszelkich możliwych schorzeń, ale wszyscy zgadzali się co do
jednego- proces utraty słuchu jest nieodwracalny i któregoś dnia kompozytora
ogarnie zupełna cisza. Człowieka, który genialnemu słuchowi zawdzięczał dobrobyt
i osobiste spełnienie, nie mogło spotkać nic gorszego. Beethoven bliski był
samobójstwa. Od tragedii powstrzymała go siła charakteru i żywotność własnych
sił twórczych. Faktycznie nie stracił słuchu przez następnych 19 lat. Niemoc
uczyniła go porywczym, wiódł życie zatwardziałego kawalera. Wprawdzie nadarzyło
się kilka okazji do małżeństwa, ale wszystkie spaliły na panewce. Po raz
pierwszy zakochał się dopiero w wieku 30 lat. Wybranka jego serca , hrabina
Giuletta Guiccaridi, zniechęcona przedłużającym się oczekiwaniem na propozycję
małżeństwa oddała rękę innemu. Uderzył więc w konkury do jej kuzynki Józefiny i
wytrwał w nich przez 3 lata, od 1804 do 1807 roku. Wybranka za radą rodziny
odrzuciła je sama kiedy stało się jasne , że Beethoven zwleka z podjęciem
decyzji. Trzy lata później zakochał się w Teresie Malfatti, córce jednego ze
swych lekarzy, ale i tym razem starania spełzły na niczym. Poza listami
miłosnymi adresowanymi do nieznanej "nieśmiertelnej ukochanej" napisanymi ok.
1812r., wszystko wskazuje na to, że Beethoven ostatecznie zrezygnował z
małżeństwa i pogrążył się w pracy. Nie oznacza to jednak , że skazał się na
całkowitą samotność. W 1815 roku zmarł jego brat, zlecając wspólną opiekę nad
synem Karłem swojej żonie i Beethovenowi. Spór o przejęcie całkowitej kurateli
nad dziewięcioletnim chłopcem trafił do sądu i ciągną się przez trzy lata.
Beethoven wygrał sprawę, ale przyjacielskie więzy ,które dotąd łączyły go z
bratankiem , gwałtownie się popsuły. Emocjonalne oczekiwania opiekuna w stosunku
do dziecka wywierały na Karla tak ogromną presję , że w 1826 r. podjął on próbą
samobójstwa. Wydarzenia te głęboko przygnębiły Beethovena i niemal na pewno
przyśpieszyły jego śmierć.
Wielki samotnik

Chociaż solidnie opłacany , Beethoven mieszkał w
skromnym, zaniedbanym domu w miasteczku Heiligenstadt pod Wiedniem. W miarę jak
jego słuch się pogarszał , coraz bardziej stronił od towarzystwa. Nad gwarne
spotkania przekładał spacery po wiejskiej okolicy, źródła niewyczerpanej
inspiracji. Nadal sam dyrygował podczas premier, nie wiadomo entuzjastycznego
aplauzu publiczności za swoimi plecami. W dalszym ciągu przyjmował zlecenia ale
mało które było realizowane na czas. Beethoven ukończył swoje ostatnie
zamówienie - Kwartet smyczkowy F-dur- w 1826 r., mniej więcej w tym samym
czasie, kiedy jego bratanek targnął się na swoje życie. Wielki kompozytor zmarł
26 marca 1827 r. w wieku 57 lat, na marskość wątroby. Jego popularność została
potwierdzona trzy dni później udziałem ponad dwudziestotysięcznego tłumu w
uroczystościach pogrzebowych. Beethovena już za życia okrzyknięto rewolucjonistą
muzyki. Zerwał ze skostniałą formą kompozycji klasycznej , równoważąc formę i
emocje. Bogactwo treści uczuciowych jego utworów przygotowało grunt dla stylu
romantycznego w muzyce, tak bardzo dziś cenionego.
(ted)
Najważniejsze dzieła Beethovena:

Symfonie – I C-dur ( 1800 r.)
III Es-dur – Eroica (1803 r.)
V c-moll (1808) – z charakterystycznym motywem losu”
VI F-dur – Pastoralna (1808)
IX d-moll
5 koncertów fortepianowych m/ innymi
III c-moll
V Es-dur
Koncert skrzypcowy D-dur i wiele innych
5 sonat na wiolonczelę i fortepian, tria, 16
kwartetów smyczkowych, kwintety, 32 sonaty w tym tak znane jak Patetyczna i
Księżycowa, bagatele, ronda, dzieła wokalno-instrumentalne takie jak opera Fidelo, wielka msza symfoniczna Missa Solemnis, pieśni, oratoria Chrystus na
Górze Oliwnej.
Symfonie Ludwiga van Beethovena symfonia tonacja opus rok nazwa dedykat instrumentacja nowatorskie rozwiązania odnośnik.
I C-dur 21 1799 baron Gottfried van Swieten standardowa
II D-dur 36 1801-1802 książę Lichnowski standardowa w III części scherzo zamiast menueta
III Es-dur 55 1803 Eroica książę Franz Joseph von Lobkowitz trzy waltornie marsz żałobny zamiast części wolnej, wariacje w IV części
IV B-dur 60 1806 książę Franz von Oppersdorff jeden flet
V c-moll 67 1804-1808 Symfonia losu (zwycięstwa, przeznaczenia) książę Franz Joseph von Lobkowitz i książę Razumowski w IV części (tylko) dodatkowo: flet piccolo, kontrafagot i trzy puzony części III i IV grane attacca, w IV reminiscencja cz. III
VI F-dur 68 1807-1808 Pastoralna książę Franz Joseph von Lobkowitz i książę Razumowski w IV części (tylko) dodatkowo: flet piccolo, w IV i w V - dwa puzony symfonia programowa; pięcioczęściowa struktura
VII A-dur 92 1811-1812 czasem zwana Apoteozą tańca (R. Wagner) hrabia Moritz von Fries standardowa
VIII F-dur 93 1811-1812 brak standardowa
IX d-moll 125 1822-1824
Symfonia radości; w wydawnictwach anglojęzycznych - Choral król Fryderyk
Wilhelm III cztery waltornie; w II dodatkowo trzy puzony, w IV dodatkowo: flet
piccolo, kontrafagot i trzy puzony, triangiel, talerze (czynele), wielki
bęben, chór mieszany, soliści zamiana miejscami cz. II i III (części wolnej i
scherza), wprowadzenie chóru i kwartetu wokalnego link
(ted)
"Ody do radości"
Ludwig
van Beethoven, który skomponował melodię "Ody do radości" przyszedł na świat w
Bonn 17 grudnia 1770. Tak jak Mozart, był cudownym dzieckiem muzykalnej
rodziny, chociaż Beethoven z pewnością miał cięższe dzieciństwo. Jego ojciec,
mało znany nadworny tenor elektora kolońskiego, był sadystycznym gwałtownym
człowiekiem zmuszającym syna do nauki muzyki kopniakami i wyzwiskami.
Beethoven zaczął dawać publiczne koncerty mając siedem lat, po czym jego
edukację przejął kompozytor Christian Gottlob Neefe. To właśnie Neefe zapoznał
Ludwiga z dziełami Bacha i Mozarta, które wywarły na kompozytora ogromny
wpływ. Pod ich wpływem zaczął sam komponować - jego pierwszy utwór, "Dziewięć
wariacji w c-mol" opublikowano, gdy miał dziesięć lat. Beethoven spotkał
Mozarta, gdy miał 17 lat. Pierwszy był młodzieńcem nieśmiałym i niezbyt dobrze
czującym się na salonach. Drugi odwrotnie lwem salonowym i duszą towarzystwa.
Mozart początkowo lekceważył swego źle ubranego i niewychowanego kolegę - do
chwili, w której usłyszał Beethovena grającego na fortepianie. Wczesna śmierć
rodziców (matka - 1787, ojciec - 1792) sprawiła, że Ludwig van Beethoven
musiał utrzymywać młodsze rodzeństwo. Chwytał się różnych dodatkowych zajęć,
między innymi uczył muzyki księcia Ferdynanda von Waldsteina (któremu w 1804
r. zadedykował sonatę fortepianową). W roku 1792 jego muzykę usłyszał słynny
kompozytor Józef Haydn i zadecydował: Beethoven musi pojechać na studia do
Wiednia. Haydn był czołowym przedstawicielem dominującego dotąd prądu w muzyce
- klasycyzmu. Beethoven buntował się przeciwko klasycystycznym ograniczeniom i
myślał już na sposób następnej epoki - romantyzmu. W Wiedniu Beethoven zyskał
sławę - ale jako wybitny pianista. Jako kompozytor miał opinię ekscentrycznego
amatora. Obstawał jednak przy swoim, co skłóciło go z Haydnem i innymi, którzy
próbowali grać przy nim rolę mentora (był wśród nich znany skądinąd Antonio
Salieri). W roku 1799 Beethoven po raz pierwszy podjął ambitną próbę
skomponowania symfonii. W kwietniu 1800 jego pierwsza symfonia została
publicznie wykonana w Wiedniu. Beethoven nie mógł się jednak się cieszyć
sukcesem - słuchał tego koncertu w głębokiej depresji, wiedząc już, że traci
słuch. Do swojej choroby Beethoven przyznał się po raz pierwszy w liście do
przyjaciela w roku 1801. Z listu wynika jednak, że trapiła go już od paru lat.
Nie była to tylko utrata słuchu. Co gorsza, chorobie towarzyszyła stała
obecność dźwięku, który Beethoven opisywał jako gwizd lub brzęczenie. Zaś te
dźwięki, które do niego docierały - były zniekształcone, pozbawione basów,
spłaszczone, bezbarwne. Beethoven nie poddawał się jednak, tylko z tym większą
pasją poświęcił komponowaniu. W latach 1800-1802 skomponował słynne sonaty
fortepianowe, a potem kolejne symfonie. W roku 1803 powstała przełomowa
trzecia symfonia "Eroica" - dedykowana Napoleonowi (po ogłoszeniu się przez
Napoleona cesarzem, Beethoven wycofał dedykację). Niektórzy uważają tę datę i
ten utwór za początek romantyzmu w muzyce. Kolejne symfonie Beethoven
komponował wciąż jeszcze słysząc - choć coraz gorzej. W 1808 roku powstała
słynna piąta symfonia. W roku 1815 zmarł ukochany brat Ludwiga Kasper Karl.
Wpędziło to kompozytora w depresję. Zaprzestał koncertowania i komponowania,
poświęcił się wyłącznie sprawom rodzinnym. Dziewiątą symfonię, inspirowaną
"Odą do radości" Schillera - opus sto dwudzieste piąte - skomponował dopiero w
latach 1817-1823, kiedy już całkowicie nie słyszał. Zapisywał nuty na papierze
polegać wyłącznie na swojej wyobraźni i uczuciach. Symfonię wykonano 7 maja
1824 roku w Wiedniu. Beethoven naciskał, by pozwolono mu dyrygować orkiestrą
mimo braku słuchu. Jego przyjaciele zgodzili się, ale w rzeczywistości za
plecami kompozytora stał prawdziwy dyrygent, którego wskazaniami kierowali się
muzycy. Jak wynikało z opisu osób, które miały możliwość uczestniczyć w tym
niezwykłym koncercie, muzycy płakali, wzruszeni sytuacją i pięknem utworu.
Beethoven nie słyszał burzliwej owacji na zakończenie. Stał plecami do
publiczności, która wstała z krzeseł i klaskała. Dopiero śpiewaczka wykonująca
w chórze partię kontraltu łagodnie obróciła 54-letniego, przedwcześnie
postarzałego mężczyznę, by ten mógł zobaczyć tłum ludzi stojących i
klaszczących - dla niego bezgłośnie. Beethoven zmarł trzy lata później w
Wiedniu, gdzie jest pochowany. W styczniu 1972 roku fragment dziewiątej
symfonii w aranżacji Herberta von Karajana został przyjęty przez Radę Europy
za hymn Europy. W 1986 roku ten wybór zaakceptowała Wspólnota Europejska,
później przekształcona w Unię. Symbolem Europy jest jednak wyłącznie
instrumentalna aranżacja symfonii, bez wiersza Schillera - dla uniknięcia
sporów o to, w jakim języku wiersz miałby być wykonywany.
(ted)
Romantyczny, czy klasyczny Beethoven
Tradycyjna
historia muzyki zalicza Beethovena do trzech "klasyków wiedeńskich". Sporo w
tym racji, ale zaliczenie to nie jest do końca oczywiste i konsekwentne. A
przynajmniej nie na tyle, by nie budzić kontrowersji. Nie ulega oczywiście
wątpliwości, że język muzyczny Beethovena jest jeszcze z gruntu klasyczny w
znacznej części dzieł. Tym niemniej epoka, w której tworzy, różni się od
czasów Mozarta praktycznie pod każdym względem. Chociaż lekcje pobiera zarówno
u Haydna (także jednego z klasyków wiedeńskich) i Salieriego (tak tak, właśnie
tego szwarccharaktera z Amadeusza Formana), to jego pierwsza symfonia ma
premierę w roku 1800 - ponad dekadę po śmierci Wolfganga Amadeusza. Muzyka
Beethovena, choć posługująca się czysto klasycznymi środkami, jest już
zwiastunem zupełnie nowej epoki. Zwiastunem, powtórzmy, jeszcze nie
reprezentantem. Jeśli więc to nie środki formalne odróżniają Beethovena od
starszych kolegów, to co? Otóż, najprościej mówiąc - wszystko oprócz nich.
Przede wszystkim zaś sam status artysty. O ile jego poprzednicy z Bachem na
czele uważani są i sami siebie uważają za rzemieślników, lepiej lub gorzej
wykonujących swoją pracę, o tyle już u Beethovena mamy do czynienia z tym
wszystkim, co kojarzy nam się (dobrze, lub źle) z byciem artystą. On już jest
świadomy wagi tego, co tworzy, natchnienia, powołania. Nie jest niewolnikiem
reguł, choć wykorzystuje ich zastany repertuar, to każdą z nich jest gotów
poświęcić dla uzyskania żądanego efektu. Żądanego oczywiście przez niego -
Beethovena - nie przez zamawiającego, tradycję, wymogi formy czy cokolwiek
innego. Ludwig van, posępny, mrukliwy i niedostępny, wyobcowany przez swoje
kalectwo, szorstki w obejściu a czasem i w muzyce nieco toporny, niewiele ma
wspólnego z typem kompozytora - dworskiego dostarczyciela rozrywki, w rodzaju
Mozarta, czy Händla. Nawet jego religijność więcej ma wspólnego z Konradem
wykłócającym się z Bogiem o "rząd dusz", niż z protestancką pokorą Bacha. O
ile słuchając Mszy h-moll tego drugiego, nie mamy wątpliwości, że dzieło to,
choć niewątpliwie pełne barokowego splendoru, powstało w gruncie rzeczy ad
maioram Dei gloriam, to rozstrzygnięcie, czy w potężnej, falującej niczym
wyburzone morze Glorii z Missa Solemnis centralną postacią jest odbierający
swą chwałę Najwyższy, czy rzucający mu tą potęgę do stóp Kompozytor-Demiurg,
nie jest już sprawą prostą ani jednoznaczną. Niezależnie od tego, czy
apokryficzna, czy nie, historia spotkania Beethovena i Göthego doskonale
oddaje różnicę, w poczuciu własnej pozycji, jaka dzieli Beethovena od jego
poprzedników. Beethoven nie dlatego nie schodzi z drogi orszakowi cesarskiemu,
że jest przeciwnikiem monarchii, czy innym wywrotowcem. On doskonale czuje
przemianę, jaka w jego czasach się dokonuje, tą wielką nobilitację artysty
jako osoby natchnionej, nadczłowieka, którego dopiero kilka dziesięcioleci
opiewał będzie Nietzsche, ale którego nadejście przeczuwają już poeci jego
czasów. Wie, że sztuka z jednej strony piętnuje go wśród społeczeństwa ale z
drugiej - czyni wybrańcem, który także dysponuje władzą. Kwestia, która z tych
władz jest wyższa, potężniejsza, kto komu powinien się kłaniać, nie jest już
dla nikogo oczywista. Oczywiście nie próbuję Beethovenowi przypisywać
sprawstwa tych wszystkich zachodzących przemian. Wręcz przeciwnie - być może
on sam najmniej był ich świadomy. Jednak przyszło mu żyć właśnie w takich
czasach i trzeba przyznać, że potrafił towarzyszący im Zeitgeist wykorzystać.
Także w jego czasach następuje przesunięcie roli centrum życia muzycznego z
dworu do sali koncertowej. Muzyka z jednej strony instytucjonalizuje się i
uniezależnia od indywidualnego sponsora. Podstawą życia kompozytora powoli
stają się zamówienia instytucji publicznych (już jego symfonie powstają na
zamówienie np. Londyńskiego Towarzystwa Filharmonicznego) oraz umowa z wydawcą
- kolporterem partytur, choć rola możnych indywidualnych sponsorów jest
jeszcze nie do przecenienia. Stała, zawodowa i podległa instytucji filharmonii
orkiestra symfoniczna może reprezentować sobą wysoki poziom profesjonalny,
oraz daje kompozytorowi do dyspozycji większy (oczywiście stopniowo, w czasach
Beethovena orkiestra symfoniczna nigdy nie osiąga mahlerowskich rozmiarów,
choć już u tylko trochę późniejszego Berlioza składy są niemałe), kanonizowany
skład, co jest znaczącym postępem w stosunku do małych orkiestr prywatnych o
często płynnym i okazjonalnym składzie. Beethoven tą zmianę skwapliwie
wykorzysta. Z drugiej jednak strony, przyjdzie mu zapłacić cenę za tą
demokratyzację życia muzycznego. Jego utwory rzadko spotkają się ze
zrozumieniem, a jego największy sukces za życia osiągnie Zwycięstwo
Wellingtona pod Vittorią - utwór na orkiestrę symfoniczną i instrumenty
mechaniczne Maelzla (tak, tak - tego od metronomu - są sobie współcześni, ale
o tym trochę później), na który to utwór dzisiaj dyrygenci spuszczają
litościwie zasłonę zapomnienia, a nawet najwięksi egzegeci wśród muzykologów
określają eufemistycznie mianem "okazjonalnej chałtury". Związek
egalitaryzacji kultury z jej komercjalizacją i pauperyzacją już wtedy daje o
sobie znać. Beethoven, jak jemu współcześni, pisze dużo muzyki kameralnej i
instrumentalnej. Cenione są jego sonaty, wielkim mirem wśród znawców cieszą
się późne kwartety smyczkowe, piąty koncert fortepianowy, czy Missa Solemnis.
Ale do historii przeszedł przede wszystkim jako twórca dziewięciu symfonii.
Ten cykl stał się swoistym kanonem, obrósł legendą. To Beethoven jest tym,
który z klasycznej symfonii - rozrywkowego utworu, swoistej instrumentalnej
sonaty, stworzył formę będącą dla wielu kompozytorów ostatecznym, najwyższym
środkiem wyrazu. To dzięki niemu symfonia zaczyna nabierać ciężaru
gatunkowego. Taneczną część trzecią (ewolucyjną zaszłość łączącą symfonię z
suitą), zastępuje motorycznym i dramatycznym scherzem. Haydn pisze ponad sto
symfonii, Mozart - kilkadziesiąt. Beethoven "zaledwie" dziewięć. Ale każda z
nich pod względem ciężaru gatunkowego mogłaby stawać w zawody z dziesiątkami
tamtych. Eroica z bohaterskim tematem pierwszej części i posępnym marszem
żałobnym w drugiej, to już rewolucja. A przecież potem jest jeszcze Piąta z
powracającym we wszystkich częściach motywem losu - jednym z najbardziej
nośnych, abstrakcyjnych, pojemnych, ale i niepokojących Leitmotiffów w
historii muzyki. Nawet pogodna Szósta, choć głęboko siedzi w klasycyzującym
klimacie pastoralnym, to programowością partycypuje romantyczny wynalazek
poematu symfonicznego (że także symfonię programową, której ojcem chrzestnym
zostanie Berlioz, to rzecz oczywista). No i Dziewiąta. Monument, rozsadzający
i właściwie totalnie przedefiniowujący pojęcie symfonii. Tomy o Dziewiątej
napisano i jeszcze tomy się napisze. Jedno nie ulega wątpliwości - gdyby
Beethoven jej nie napisał, byłby jedynie trzecim, ostatnim z klasyków
wiedeńskich. Ale to dzieło, ta "kropka nad i", jako kulminacja drogi, która w
przeciągu zaledwie dwóch dziesięcioleci wyniosła formę symfoniczną z utworu
stricte rozrywkowego do roli monumentu, swoistego świeckiego misterium muzyki,
także Beethovena przenosi ze sfery sławy do poziomu legendy, przewyższającej
(zasłużenie, czy nie) nawet największego z kompozytorów wszechczasów - Bacha.
(ted)
Legenda i kult Beethovena
Legendy
i kulty Beethovena przechodziły różne zawirowania. W końcowych
latach jego bogatego życia, zaczyna się rodzić legenda, która od tej chwili w
świadomości następnych pokoleń zrośnie się z jego osobą nieodwracalnie. Nie
mogło zresztą być inaczej. Muzyka Beethovena broni się sama i pod warunkiem,
że nie przepadłaby w mrokach historii, na pewno zagwarantowałaby mu poważanie
i szacunek fachowców. Ale tuż po Beethovenie wybucha z całą siłą romantyzm -
epoka, której praktycznie wszystkie postulaty programowe sygnalizowane są już
w twórczości Ludwiga van. Beethoven od razu więc wyniesiony zostaje na
ołtarze. Jego symfonie wchodzą do repertuaru praktycznie wszystkich orkiestr
symfonicznych i to osiągają taką popularność, że Debussy skarżył się będzie,
że w Paryżu Piątą grywa się co najmniej raz w sezonie. Nie trzeba dodawać, że
w czasach braku nagrań możliwość usłyszenia symfonii w jej pełnej,
orkiestrowej wersji, była rarytasem. Najczęściej symfonie grano w postaci
wyciągów fortepianowych, a na koncert nierzadko przychodzono z partyturą,
którą uważnie śledzono, korzystając z rzadkiej okazji skonfrontowania swoich
wyobrażeń o instrumentacji z rzeczywistością. Jeśli w takiej sytuacji Debussy
czuje przesyt Beethovenem to chyba daje to jakieś pojęcie o skali jego
popularności. Oczywiście Beethoven z miejsca staje się postacią kultową i
natchnieniem dla następnych pokoleń kompozytorów. Młody Wagner studiuje
partyturę Missa Solemnis ręcznie ją przepisując. Zdobycze formalne
beethovenowskiej symfonii stają się fundamentem całej romantycznej symfoniki.
Jego język muzyczny bezpośrednio przejmują i rozwijają kompozytorzy pierwszego
pokolenia romantyków: Schubert, Berlioz. Formę symfonii jako misterium
przejmie Bruckner (pozostający też w pewnym okresie pod wpływem Wagnera) i
tchnie w nią romantycznego ducha metafizyki. Przyjaciel Wagnera - wielki
pianista Liszt, co prawda nie osiągnie wyżyn kompozytorskich w dziedzinie
symfoniki, ale pozostawi nam w spadku wirtuozerskie transkrypcje fortepianowe beethovenowskich symfonii (że także jest dyrygentem i interpretatorem
Beethovena, tego nawet nie trzeba dodawać, to rzecz w tych czasach oczywista).
Nawet boczący się na romantyzm Brahms nie gardzi beethovenowskim rozmachem,
choć w jego czasach tak dosłowne inspirowanie się językiem Ludwiga van, jest
już raczej stylizacją klasycyzującą. A potem przychodzi fin de siecle i nie ma
już litości ani umiaru. W wiedeńskim Pałacu Secesji hołd Beethovenowi składają
najwięksi. Ludwiga van, jako tronującego Jowisza, majestatyczne, nawiązujące
do antyku, ale w swej substancji na wskroś romantyczne dzieło rzeźbi Max
Klinger. Freskiem inspirowanym Dziewiątą dekoruje salę Gustav Klimt. Do jednej
z postaci - Rycerza - pozuje sam Gustav Mahler. Gest to szczególny i
symboliczny, bo przecież Mahler już za życia jest naczelnym kapłanem
beethovenowskiego kultu, dyrygentem cenionym zwłaszcza w wagnerowskim i
beethovenowskim repertuarze. A przecież dzieło jego życia - wspaniały cykl
dziewięciu ukończonych symfonii, choć w jego czasach uważany za epigoński i
dziwaczny - z perspektywy czasu uznać należy za nic innego jak uwieńczenie,
zamknięcie, dopełnienie tego, co rozpoczął Beethoven. Tak, jak pierwszy z nich
uwalnia symfonię z więzów schematu, tak drugi doprowadza ją do ostateczności,
spełnienia, granicy. Po Mahlerze kontynuować drogi wytyczonej przez Beethovena
już się nie da. Zresztą kolejne epoki, czy raczej style muzyczne, będą w
swoich manifestach artystycznych raczej odcinać się od tradycji romantycznej,
jeśli nawiązywać do Beethovena, to raczej przez negację. Ale kult kompozytora
nie umiera, wręcz przeciwnie. Na początku naszego wieku piewcą jego wielkości
staje się noblista Romain Rolland, najpierw w hagiografii Żywot Beethovena,
potem w Janie Krzysztofie - powieści co prawda kołtuńskiej i naiwnej, ale
swoją rolę w kultywacji legendy spełniającą znakomicie. Narastający w tej
epoce rozdźwięk pomiędzy nową muzyką, a nie przygotowanym na jej odbiór,
wykształconym na tradycji gustem melomana, doprowadza do zupełnie nowego, nie
znanego wcześniej zjawiska. To dwudziestoleciu międzywojennym pierwszy raz
dochodzi do konfliktu pomiędzy muzyką nową, a tradycją. Co prawda trudno
oceniać pozytywnie odwrót publiczności od współczesnej jej muzyki oraz tryumf
repertuarowy gustów bądź co bądź mało wyrafinowanych, bazujących na dość
prymitywnym sentymentalizmie i kulcie często doprowadzającego do kuriozalnych
scen wirtuozerstwa, ale przyznać trzeba, że Beethoven jest jednym z
największych, a przy tym jednak obiektywnie najbardziej wartościowych
beneficjentów tych przemian. Fakt, że kompozytor, dzięki popularności nagrań,
współczesnej technice, filmowi itp. staje się wręcz ikoną popkultury, nie jest
przecież w stanie nic ująć jego muzyce. Beethovena grają więc i nagrywają (co
jest znaczącym novum) najwięksi, wśród nich przede wszystkim Toscanini,
Furtwangler, Karajan, a w zasadzie wszyscy co do jednego przedstawiciele epoki
tzw. wielkich (albo "starych") mistrzów, na Yehudim Menuhinie skończywszy.
Jego symfonie w ramach szerzenia kultury germańskiej grają w okupowanym Paryżu
Berlińscy Filharmonicy. Żydowska Orkiestra Symfoniczna gra Pastoralną w
warszawskim getcie...Mniej więcej w tym samym czasie Tomasz Mann pisze swojego
Doktora Faustusa. Że nowy Faust - Krystian Leverkühn ma być anty-Beethovenem,
że jego magnum opus symbolicznie ma odebrać ludzkości Dziewiątą, być jej
antytezą... to rzecz tak oczywista, że dodatkowego komentarza nie wymagająca.
Równie przewrotny hołd złoży Beethovenowi Anthony Burgess w Mechanicznej
pomarańczy. On z kolei eksponuje ekstatyczny, dionizyjski i wizyjny charakter
przede wszystkim Piątej i Dziewiątej. W przewrotnym dziele Burgessa muzyka
Beethovena jest zarazem jednym z bohaterów, tłem, symbolem, motorem działań,
czy wręcz narkotykiem. Jeśli esencja tego dzieła tkwi w utożsamieniu się
czytelnika z bohaterem do cna zepsutym i złym, to czyż może do niej dotrzeć
ktoś, kto nie czuje tego samego, co Alex, słysząc finał Dziewiątej? Czy jest w
stanie zrozumieć scenę w której bohater wykorzystuje dwie "dycholatki" z
okazji kupna upatrzonego od dawna wykonania Dziewiątej ktoś, kto w młodości
nie odkładał pieniędzy na wymarzoną płytę z tą symfonią? Czy wreszcie,
ktokolwiek poza wielbicielami Beethovena jest w stanie zrozumieć, co znaczy
odebrać komuś tą muzykę? Epoka "starych mistrzów" powoli kończy się mniej
więcej w latach osiemdziesiątych. Do tego czasu w zasadzie ustala się już
kanon klasycznych nagrań Beethovena. Symbolicznym dopełnieniem tego staje się
ustalenie standardu AUDIO-CD tak, aby każde wykonanie Dziewiątej mogło się
zmieścić na jednej płycie. Jeszcze na parę lat przed
śmiercią Karajan po raz
kolejny nagra cały cykl symfonii, jakby czując, że możliwość uwiecznienia ich
na tym nowym, nie niszczejącym, cyfrowym medium, jest szansą, daną mu przez
historię. Szansą, stawiającą go w pozycji uprzywilejowanej w stosunku do tych
wszystkich poprzedników, których nagrania trzeba mozolnie remasterować i
odszumiać. Z punktu widzenia Beethovenowskiej legendy warto wspomnieć o
jeszcze dwóch wydarzeniach nam współczesnych. W latach dziewięćdziesiątych
pojawia się film Wieczna miłość, ukazujący klasyczny wizerunek Beethovena w
typie bohatera romantycznego, nieszczęśliwego i niepokornego. Wspomnieć o nim
warto przede wszystkim z uwagi na rolę Garry'ego Oldmana, a w zasadzie dwie
role. Dwie - bo niejakim dopełnieniem jest zagrany przez niego zły,
skorumpowany policjant w Leonie zawodowcu - kolejny po Alexie złoczyńca, który
w czasie popełnianego morderstwa słucha Beethovena (choć równocześnie
twierdzi, iż go nie znosi). Współczesnym i bliskim nam akcentem niewątpliwie
jest Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, którego spiritus movens jest nie kto
inny, jak Krzysztof Penderecki. Wydarzenie to o tyle znaczące, że przypomina,
iż mimo ideowego zerwania z dziedzictwem romantyzmu, jakie było udziałem
dwudziestowiecznej awangardy, muzyka Beethovena nadal jest obecna w dziełach
coraz to nowych kompozytorów. O ile fakt, że Piąta Mahlera oparta jest o ten
sam temat losu, co Piąta Beethovena wydaje się naturalny, o tyle to, że ten
sam temat powraca w Czwartej Lutosławskiego, jest wart zaznaczenia. Przypomina
on, że w muzyka, jak żadna inna ze sztuk, nawet przecząc dokonaniom tradycji,
w jakimś sensie je kontynuuje.
(ted)
"prawdziwy" Beethoven
W latach pięćdziesiątych Nicolas Harnoncourt
publikuje manifest
definiujący założenie szkoły "autentycznego wykonawstwa" muzyki dawnej,
posługującej się instrumentami z epoki, bądź ich replikami, nikt nie
przypuszczał, że oto rodzi się jedna z największych rewolucji muzycznych XX
wieku. Rewolucja, która przeorała cały rynek płytowy, przewartościowała
wszelkie rankingi popularności - solistów, dyrygentów, czy wreszcie
kompozytorów. Ale co ta "barokowa" rewolucja ma wspólnego z Beethovenem?
Beethoven żył współcześnie z Maelzlem - eksperymentatorem i twórcą m.in.
metronomu. I to właśnie w dziełach Beethovena po raz pierwszy obok
tradycyjnych opisowych, włoskich określeń tempa, spotykamy oznaczenia wg skali
Maelzla (MM) - czyli w ilościach jednostek na minutę. Wydawałoby się, że nic w
tym nadzwyczajnego, w końcu znakomita większość kompozytorów późniejszych
dokładnie określa tempa i wszyscy są do tego przyzwyczajeni. Tyle, że tempa
Beethovenowskie przez długi czas wydawały się... niewykonalne. I właściwie, w
pełnych, dużych składach, w jakich klasycznie grywa się symfonie, osiągnięcie
wymaganej dla muzyki Beethovena precyzji i motoryki jest praktycznie
niewykonalne przy zapisanych w partyturze tempach. Powstały nawet teorie, iż
Beethoven, będąc praktycznie głuchy, jako jedną jednostkę liczył nie przejście
wahadła przez środek, jak nakazywałby wydawany przez metronom dźwięk, ale jego
pełne wychylenie. Tempa jego symfonii miałyby więc być dwukrotnie wolniejsze
od tego, co jest zapisane. Wskutek tych rozdźwięków w interpretacji w praktyce
panowała spora dowolność. Scherza, finały, często grano w tempach maksymalnie
zbliżonych do tego, co napisane. Fragmenty wolne lub patetyczne niemiłosiernie
rozciągano (wystarczy posłuchać wstępu do Egmonta w nagraniu Furtwanglera z
lat czterdziestych). I tak było prawie do naszych czasów... Kiedy rewolucja
"autentystów" okrzepła, zaczęła powoli zataczać coraz szersze kręgi. Po Bachu
przyszła kolej na odbrązowienie także klasyków - Mozarta i Haydna. A po nich -
na Beethovena. O ile oczyszczenie muzyki barokowej z romantycznych
naleciałości wydaje się nam dzisiaj zrozumiałe (choć w swoim czasie wcale
takim nie było) to z Beethovenem sprawa nie jest już tak oczywista. W
przeciwieństwie do Bacha, który zawsze był w sumie kompozytorem dla grona
wtajemniczonych, Beethoven to przecież nienaruszalna świętość dla podstawowego
trzonu publiczności filharmonicznej na całym świecie, od uznających się za
pępek muzycznego świata Niemców (z ich Karajanem, Berlińskimi i Wiedeńskimi
Filharmonikami i całą resztą instytucji), poprzez kosmopolitycznych Amerykanów
(tych z kolei z Filharmonikami Chicagowskimi i Filadelfijskimi, Ormandym oraz
Stokowskim), nie uznających istnienia muzyki starszej niż romantyzm Rosjanami,
a nawet Włochów, by wspomnieć choćby tylko Toscaniniego, Mutiego, czy Abbado,
kreowanego długi czas na następcę Karajana. Wszyscy oni przecież "wiedzieli",
jaki jest Beethoven - monumentalny, majestatyczny, grubo ciosany, zamaszysty.
Jakaż inna muzyka lepiej nadaje się do narcystycznych popisów dyrygenta, jest
równocześnie prosta do opanowania pamięciowego, znajduje się w repertuarze
niemal każdej orkiestry, daje egocentrykowi z batutą okazję do skierowania
całej uwagi na siebie... I na tą świątynię tradycyjnego filharmonizmu, razem z
jej dogmatami, kanonem nagrań oraz pocztem świętych i nieomylnych
interpretatorów porwali się "sekciarze" spod znaku strun z baranich jelit,
małych składów, szperania w poszukiwaniu wskazówek interpretacyjnych w
starych, zakurzonych księgach zamiast w kanonicznych nagraniach. Nie, nie
zabrali publiczności konserwatystom. To już, a może jeszcze niewykonalne. Już
- bo znaczna część publiczności jest doskonale zaimpregnowana na nowości
(gdyby nie była, nie zamykałaby się przecież w ustalonym repertuarze głucha na
muzykę sobie współczesną). Ta publiczność to samonapędzające się kółko
adoracji, którego nikt nie jest w stanie wyrwać z błogiego przeświadczenia o
wyższości tradycji "starych mistrzów". I dlatego na gruncie filharmonii zmiany
jest w stanie przynieść dopiero wymiana pokoleniowa. A nadzieje na taką zmianę
daje spojrzenie na rynek płytowy. Nie da się ukryć, że o ile do ortodoksów
nowa stylistyka nie jest w stanie się przebić, o tyle doskonale sobie radzi z
pozyskiwaniem nowych "wyznawców". Wyrywając Beethovena z zaklętego kręgu
"melomaństwa" Gardiner i inni "autentyczni" paradoksalnie uczynili go bardziej
beethovenowskim. Te nagrania mają się do tradycyjnych mniej więcej tak, jak
prawdziwa mitologia grecka do jej podręcznikowej wersji. Nagranie cyklu
symfonii pod batutą Norringtona z lat osiemdziesiątych (z London Classical
Players) jest szokiem! Sir Roger udowadnia empirycznie, że szalone
Beethovenowskie tempa nie tylko są w ogóle wykonalne, ale stanowią o sile tej
muzyki. Ale te wykonania nie byłyby możliwe, gdyby nie zupełnie nowe podejście
do samej orkiestry symfonicznej. Okazało się, że aby oddać energię i potęgę,
orkiestra nie musi tego robić masą. Wręcz przeciwnie - im więcej osób, tym
trudniej o precyzję, siłę pojedynczego dźwięku, jego barwę. Norrington nie
osiąga potęgi brzmienia multiplikując instrumenty - on z każdego z nich każe
wydobyć 150% mocy. I to działa. Wystarczy posłuchać któregokolwiek -
gardinerowskiego albo norringtonowskiego - cyklu symfonii, aby poczuć jak
wielka to rewolucja. Stosunkowo mała orkiestra potrafi zagrać z "mięchem" o
wiele potężniejszym w ekspresywności, niż sto parę osób u Karajana. W tej
muzyce czuje się pot zostawiony na deskach sceny, uderzenia smyczków, tarcia,
zgrzyty, stukanie klapek - to nie jest bezosobowa masa z jedną
indywidualnością trzymającą batutę - to muzyka organiczna, wydzierana przemocą
stosunkowo prymitywnej materii instrumentów. Te orkiestry potrafią uderzyć,
wbić w ziemię grubo ciosane beethovenowskie akordy, równocześnie dając się
ponieść motoryce i szaleńczemu tempu. Tu nie ma miejsca na muzyczny onanizm,
sycenie się minutami brzmieniem jednego akordu, tą całą późnoromantyczną
liturgię szerokich wymachów i geriatrycznego potrząsania batutą. W zamian za
to otrzymujemy muzykę żywą, niby "autentyczną", budowaną w oparciu o
historyczne przesłanki, ale w gruncie rzeczy do bólu współczesną. Tak jak
nasze czasy ekstremalną, odbrązowioną i bezpośrednią. Czy Beethoven Gardinera
i Norringtona to "prawdziwy" Beethoven? Wielu próbuje dowodzić, że tak i z
dużą dozą prawdopodobieństwa mają rację (a przynajmniej nikła jest szansa na
odkrycia z dziedziny muzykologii i historii interpretacji tak rewelacyjne, by
postulaty tej szkoły obalić). Ale to nie o kryterium merytorycznej poprawności
w muzyce chodzi. Jedyną prawdą jest tu prawda estetyczna, siła oddziaływania
dzieła na słuchacza. A z tej próby nagrania te wychodzą nie dając konkurencji
choćby cienia szansy. Nie da się o nie zapytać za Gombrowiczem "jak to porywa,
skoro nie porywa?" Jestem pewny, że gdyby Burgess pisał Mechaniczną pomarańczę
dzisiaj, to właśnie gardinerowskiej Dziewiątej słuchałby Alex. To także mój
Beethoven.
(ted)
Przybyli, zagrali i zwyciężyli.
Nie,
nie zabrali publiczności konserwatystom. To już, a może jeszcze niewykonalne.
Już - bo znaczna część publiczności jest doskonale zaimpregnowana na nowości
(gdyby nie była, nie zamykałaby się przecież w ustalonym repertuarze głucha na
muzykę sobie współczesną). Ta publiczność to samonapędzające się kółko
adoracji, którego nikt nie jest w stanie wyrwać z błogiego przeświadczenia o
wyższości tradycji "starych mistrzów". I dlatego na gruncie filharmonii zmiany
jest w stanie przynieść dopiero wymiana pokoleniowa. A nadzieje na taką zmianę
daje spojrzenie na rynek płytowy. Nie da się ukryć, że o ile do ortodoksów
nowa stylistyka nie jest w stanie się przebić, o tyle doskonale sobie radzi z
pozyskiwaniem nowych "wyznawców". Wyrywając Beethovena z zaklętego kręgu
"melomaństwa" Gardiner i inni "autentyczni" paradoksalnie uczynili go bardziej
beethovenowskim. Te nagrania mają się do tradycyjnych mniej więcej tak, jak
prawdziwa mitologia grecka do jej podręcznikowej wersji. Nagranie cyklu
symfonii pod batutą Norringtona z lat osiemdziesiątych (z London Classical
Players) jest szokiem! Sir Roger udowadnia empirycznie, że szalone
Beethovenowskie tempa nie tylko są w ogóle wykonalne, ale stanowią o sile tej
muzyki. Ale te wykonania nie byłyby możliwe, gdyby nie zupełnie nowe podejście
do samej orkiestry symfonicznej. Okazało się, że aby oddać energię i potęgę,
orkiestra nie musi tego robić masą. Wręcz przeciwnie - im więcej osób, tym
trudniej o precyzję, siłę pojedynczego dźwięku, jego barwę. Norrington nie
osiąga potęgi brzmienia multiplikując instrumenty - on z każdego z nich każe
wydobyć 150% mocy. I to działa. Wystarczy posłuchać któregokolwiek -
gardinerowskiego albo norringtonowskiego - cyklu symfonii, aby poczuć jak
wielka to rewolucja. Stosunkowo mała orkiestra potrafi zagrać z "mięchem" o
wiele potężniejszym w ekspresywności, niż sto parę osób u Karajana. W tej
muzyce czuje się pot zostawiony na deskach sceny, uderzenia smyczków, tarcia,
zgrzyty, stukanie klapek - to nie jest bezosobowa masa z jedną
indywidualnością trzymającą batutę - to muzyka organiczna, wydzierana przemocą
stosunkowo prymitywnej materii instrumentów. Te orkiestry potrafią uderzyć,
wbić w ziemię grubo ciosane beethovenowskie akordy, równocześnie dając się
ponieść motoryce i szaleńczemu tempu. Tu nie ma miejsca na muzyczny onanizm,
sycenie się minutami brzmieniem jednego akordu, tą całą późnoromantyczną
liturgię szerokich wymachów i geriatrycznego potrząsania batutą. W zamian za
to otrzymujemy muzykę żywą, niby "autentyczną", budowaną w oparciu o
historyczne przesłanki, ale w gruncie rzeczy do bólu współczesną. Tak jak
nasze czasy ekstremalną, odbrązowioną i bezpośrednią. Czy Beethoven Gardinera
i Norringtona to "prawdziwy" Beethoven? Wielu próbuje dowodzić, że tak i z
dużą dozą prawdopodobieństwa mają rację (a przynajmniej nikła jest szansa na
odkrycia z dziedziny muzykologii i historii interpretacji tak rewelacyjne, by
postulaty tej szkoły obalić). Ale to nie o kryterium merytorycznej poprawności
w muzyce chodzi. Jedyną prawdą jest tu prawda estetyczna, siła oddziaływania
dzieła na słuchacza. A z tej próby nagrania te wychodzą nie dając konkurencji
choćby cienia szansy. Nie da się o nie zapytać za Gombrowiczem "jak to porywa,
skoro nie porywa?" Jestem pewny, że gdyby Burgess pisał Mechaniczną pomarańczę
dzisiaj, to właśnie gardinerowskiej Dziewiątej słuchałby Alex. To także mój
Beethoven.
(ted)
Ludwig van Beethoven
BIOGRAPHY
He
was born in the German town of Bonn on the 16th of December 1770. His
grandfather Ludwig and his father Johann were both musicians. Johann was to act
as little Ludwig's first music teacher, but Ludwig soon changed to the court
organist C. G. Neefe. Passing eleven years of age, Ludwig deputized for Neefe,
and at twelve had his first music published. He then stayed as Neefe's assistant
until 1787, when at seventeen, he took off for Vienna. Even though Vienna was to
be his home for the rest of his life, this first visit was short. On hearing
that his mother was dying, he quickly returned to Bonn. Five years later he
finally moved to Vienna to live and work. Beethoven in 1786 After arriving in
1792 he studied composition and counterpoint under Haydn, Schenk, Salieri and
Albrechtsberger. At the same time, he tried to establish himself as pianist and
composer. His good relations with the towns aristocracy soon led to a secured
income. In 1809, with the sole condition that he stayed in Vienna, Prince Kinsky,
Prince Lobkowitz and Archduke Rudolp even guaranteed Beethoven a yearly income.
But going back to the years around 1800, which is traditionally called the early
period, he was still trying to master the high classical style. This strive
culminated in the second symphony from 1801-1802. Beethoven in 1804 This is also
the time when the middle period starts. From now up until 1813, Beethoven
develops and enhances the high classical style into a more dynamic and
individualistic style. It is now that he
writes symphonies Nr. 3 - 8, piano consert Nr. 5 and a lot of chamber music. But
as he learns to control his craft and develop the music into new undiscovered
grounds, he also suffers from reminders of the pains of real life. He has early
in life discovered that his hearing wasn't what it should be, and the disorder
gets worse as time goes by. It gets to the point where Beethoven is thinking of
ending his life as he sees no way out of his despair. That fact is documented in
the letter he wrote to his brothers in 1802, the so called "Heiligenstadt
Testament". This hearing disorder seems to
have affected his social life to a great extent. He became difficult to handle
in social interactions and could suddenly burst into outbreaks of anger and show
bad temper where he usually insulted someone. If that is the reason for his
troubles with women, or if their is something traumatic hidden in his childhood,
I don't know, but the fact is that he never got involved with a woman in a
normal relation. Beethoven seems to have been attracted to women he couldn't get,
or at least was hard to get. An example is Antoine Brentano, with whom he had a
relationship, but who broke up with him to marry a friend. It is she who is
known as the "immortal beloved" in letters addressed to her from Beethoven in
1812. Around the same time, as this wasn't enough, his deafness reached the
stage where he no longer could perform. Now came a couple of years without much
creative work. Instead he was
tormented by personal matters concerning his nephew of which he tried to gain
custody when the brother died in 1815. But Beethoven didn't have the capacity of
a domestic human being, and even though he did win the struggle for custody,
Beethovens relation with the nephew was tense and burdensome and it reached the
point where little Karl tried to take his own life in 1826. The death mask of
Ludwig van Beethoven This is also the so called late period in Beethovens
musical career. His music is described as less dramatic and more introvert, but
also, I would like to add, more mature and secure. It has a flavour of the
genius growing old and an obvious attitude. Listen for example to symphony Nr. 9
- it is complete! There is really not much to add as I see it. The above
mentioned piece gave him, at last, at bit of economical success and he could
live his last years in relative wellfare. But this period is still characterized
by his lack of funds, much because his former patrons no longer could support
him. Maybe the lifelong poverty is a reason for his deteriorating health and his
death on March 26 1827.
(ted)
"Missa solemnis"
"Missa solemnis" D-dur op. 123 L. van
Beethovena, "Missa solemnis" miała być skomponowana na uroczystość ingresu
kardynała, arcyksięcia Rudolfa Habsburga (syna cesarza Leopolda II) obejmującego
arcybiskupstwo w Ołomuńcu. Jednak Beethoven - wbrew zapowiedziom - nie zdążył
ukończyć dzieła przed ingresem, praca nad nim zajęła mu nie planowany rok, lecz
aż pięć lat. Ostatecznie "Mszę uroczystą" ukończył w 1823 roku, a prawykonanie
odbyło się rok później w Petersburgu. Od tego czasu "Missa solemnis" uznawana
jest za największe dzieło instrumentalno - wokalne Beethovena, który mówił o nim
jako o "najbardziej udanym produkcie swego ducha". Kompozytor nigdy nie słyszał
swojego dzieła, nie dożył też wydania jego partytury, co stało się dopiero w
1827 roku, kilka dni po jego śmierci. Monumentalne rozmiary "Mszy" i rozbudowany
aparat wykonawczy składający się z chóru mieszanego, kwartetu solistów (sopran,
alt, tenor, bas), orkiestry symfonicznej wspomaganej przez organy sprawiają, że
wykonywana jest stosunkowo rzadko.
(ted)
Beethoven - Msza
Missa Solemnis (Msza uroczysta) D-dur op.123
Ludwiga van Beethovena uważana jest za największe, obok Mszy h-moll BWV 232 J.
S. Bacha oraz Requiem d-moll KV626 i Wielkiej mszy c - moll KV 427 W. A.
Mozarta, dzieło sakralne w historii muzyki. Określana jest często mianem mszy
symfonicznej z powodu swych rozmiarów i struktury. Beethoven rozpoczął pisanie
Mszy w roku 1819, zamierzając ukończyć ją 20 marca 1820 roku; na ten dzień
bowiem zaplanowana była ceremonia wyniesienia kardynała arcyksięcia Rudolfa
(przyjaciela i ucznia kompozytora), do godności arcybiskupa Ołomuńca. Niestety,
jak to często u Beethovena bywało, na dzień uroczystości gotowe były tylko trzy
części: Kyrie, Gloria i Credo. Sanctus/Benedictus i Agnus Dei powstały dopiero
trzy lata później. Uroczystość odbyła się bez Mszy, a pierwsze kompletne
wykonanie dzieła miało miejsce w roku 1824 w Sankt Petersburgu. Partytura Mszy
uroczystej ukazała się drukiem u Schotta w Moguncji w roku 1827. Missa Solemis
jest dziełem nowatorskim, prekursorskim, podobnie jak ostatnie sonaty i kwartety
Beethovena. Cechuje ją typowo beethovenowskie, romantyczne dążenie do
rozsadzania ram muzycznych, monumentalna forma, która inspirowała wielu twórców
XIX wieku, np.: Berlioza (Requiem), Brahmsa (Deutches Requiem), Verdiego
(Requiem), Liszta (oratoria), Brucknera (Te Deum, msze), Dworzaka (Stabat Mater,
Requiem), a nawet Mahlera (VIII Symfonia'). Przeplatając fragmenty ekstatyczne,
monumentalne z modlitewnym skupieniem, koncentrując się muzycznie na znaczeniu
każdego pojedynczego słowa, Beethoven w sposób maksymalny uplastycznia, ożywia
liturgiczny tekst, powodując również, że Msza jest utworem bardzo osobistym,
subiektywnym. Beethoven uczynił z niej rodzaj manifestu swojej wiary, która nie
dawała się zamknąć w żadnym systemie. Choć tekst Mszy pochodzi z liturgii
katolickiej, Beethoven praktykującym katolikiem nigdy nie był, a w Mszy
interesowały go - podobnie jak w IX Symfonii - ogólne idee, nie zaś żarliwa
bachowska ortodoksja. W tym przypadku jest to idea marności człowieczej a
nieskończonej potęgi Boga, w przypadku IX Symfonii zaś - ogólnoludzkie
braterstwo. Te dwa dzieła koronują dorobek twórczy Beethovena i mówią nam o jego
filozofii więcej nawet niż słowa. Beethoven napisał na partyturze dzieła jako
motto: "Von Herzen - möge es zu Herzen gehen" (Z serca - oby do serc trafiła).
(ted)
Pasja i oratorium
"Moim celem jest uczynić zawarty w muzyce sens
zrozumiałym" - mówi dyrygent Helmuth Rilling. Wymaga to wykonawców nie tylko
gotowych na wszystko, ale zdolnych unieść potężny ładunek emocji. "Pasja
Mateuszowa" w interpretacji Rillinga stawała się potężnym dramatem, ekspresją
silnych namiętności i uczuć - ukazanych jednak zbyt dosłownie, ilustracyjnie.
Lothar Odinius (Ewangelista) starał się budować całość ostrą i mocną kreską.
Christian Gerhaher jako Chrystus sprawiał wrażenie, jakby walczył z całym
światem, chcąc go pokonać potęgą własnego głosu; tymczasem najciekawsze jest w
tej partii specyficzne napięcie pomiędzy boskością (władza, moc) a
człowieczeństwem (słabość, niemoc). Friedrich Boesch mógł się podobać w
recytatywach, natomiast arie były wyraźnie tylko odśpiewane - delikatnym i
suchym dźwiękiem. No i zawiodły niestety obie panie. Wydarzeniem było
niewątpliwie pierwsze polskie wykonanie oratorium Niccolň Jommellego "La
Passione" według libretta Metastasia. Władysław Kłosiewicz wraz z solistami,
zespołem Camerata Silesia oraz Musica Antiqua Collegium Varsoviense
zaprezentowali się poprawnie, z niezwykłą starannością oddając urok tego utworu.
Oratorium powstało w 1749 roku; Ewa Obniska w krótkim szkicu zamieszczonym w
programie napisała, że "muzyka Jomellego (przy całej maestrii warsztatu) dość
szybko się zestarzała". Dziś wydaje się powabna, pełna szlachetności i umiaru.
Nie znajdziemy w niej dramatycznych spięć, historia bowiem toczy się już po
śmierci Chrystusa; jest liryczną relacją jego najbliższych - Józefa, Jana,
Piotra oraz Marii Magdaleny. Szczególnie mogły podobać się altowe recytatywy i
arie Doroty Lachowicz. W Wielki Czwartek mieliśmy natomiast przedsmak radości
świąt: zabrzmiał wielki "Mesjasz" Haendla. Oratorium, w warstwie słownej
wykorzystujące fragmenty Biblii (głównie księgi Izajasza, Malachiasza, ewangelia
Łukasza, listy), w warstwie muzycznej zanurzone w stylu swojego czasu, w
wykonaniu zespołu muzyki dawnej Boston Baroque zabrzmiało niezwykle radośnie.
Szkoda, że nie usłyszeliśmy go w Niedzielę Zmartwychwstania; promienność śpiewu
i dźwięków spotkałaby się z podniosłym nastrojem dnia. Przyciągała zwłaszcza
druga część, ukazująca mękę, śmierć i zmartwychwstanie: dramatyczny fugowany
chór "He was despised" (Był wzgardzony), dialogowane fragmenty, brawurowa aria
basu "Why do the Nations so furiously" (Czemuż to burzą się narody), wreszcie
słynne "Alleluja". O sile wykonania stanowił nie tylko wyraziście rozplanowany
kształt dramatyczny, ale także spoiste brzmienie Boston Baroque oraz w miarę
wyrównany zespół solistów.
(ted)
Opera kameralna
Z operą na krakowskim festiwalu mieliśmy dotąd
do czynienia jedynie podczas dwóch koncertowych wykonań "Fidelia" Beethovena.
Tym bardziej czekano na inscenizację "Orfeusza" Monteverdiego (Warszawska Opera
Kameralna). I tym większy zawód: od strony reżyserskiej spektakl był pokazem
złego gustu i kiepskiej wyobraźni. Ryszard Peryt zilustrował jedynie opowiadaną
historię groteskowym ruchem, statycznymi i konwencjonalnymi pozami. Przestrzeń
zabudowana fragmentem ściany zdobionym muzycznymi instrumentami, dmącymi w trąby
i ruszającymi się w końcowej scenie amorkami, sceny podziemne skąpane w zielonym
świetle, śpiewacy w kostiumach sugerujących nagość i klasyczną budowę ciała... A
ta naprawdę genialna i wielka muzyka, opisująca niezwykły dramat, domaga się
zupełnie innych, nowych rozwiązań. W 1998 roku w Brukseli współpraca
specjalizującej się w tańcu nowoczesnym amerykańskiej choreografki Trishy Brown
oraz świetnego dyrygenta Rene Jacobsa doprowadziła do - jak to nazwała krytyka -
"niezapomnianego teatru gestu zrodzonego z muzyki". W 2002 roku Diane Paulson na
scenie Chicago Opera Theater pozbawiła "Orfeusza" mitologicznego kontekstu,
zmieniając bogów i pasterzy w przedstawicieli współczesnego zamożnego
społeczeństwa. Peryt ograniczył się do ustawienia śpiewaków niemal jak na
koncercie. Dlaczego tak i tylko tak? Nie zachwycił kameralny koncert Arto Norasa
(wiolonczela) i Elżbiety Stefańskiej (klawesyn). Początek wydał się zajmujący:
Noras "III Suitę C-dur" Bacha wykonał z wymaganą precyzją i namiętnością. Ale
już obu sonatom (I oraz III) brakowało spoistości brzmienia, wspólnoty pomiędzy
dwoma ogniwami-instrumentami. Jedynie wolne części ("Adagio") oraz zagrane na
bis "Andante" z "II Sonaty D-dur" wprowadziły oczekiwane zespolenie.
Fortepianowa "Suita angielska g-moll" Bacha w wykonaniu Rudolfa Buchbindera
stała się natomiast wolno snującą się muzyczką, mało przejrzystą, nie
wydobywającą kunsztowności Bachowskich planów. "Jest nieśmiertelnym Bogiem
harmonii" - mówił Beethoven o Bachu; "chciałbym uklęknąć na jego grobie" -
powiedział o Haendlu. Może najbardziej twórcze w realizacji przewodniej myśli
festiwalu było sympozjum. Jak choćby referat "Beethoven i Bach, legenda
historyczna" prof. Helmuta Loosa z Lipska: Beethoven znał kompozycje Bacha i
grywał je; jako dziewięcioletni uczeń Nicolausa Simrocka rozczytywał preludia i
fugi z "Das wohltemperierte Klavier", dwa lata później grywał dzieła z tego tomu
pod okiem Christiana Gottloba Neefego. W 1801 r. Beethoven pisał do wydawcy:
"to, że chce pan wydać dzieła Bacha, jest bliskie mojemu sercu, które bije z
szacunkiem dla tego ojca harmonii...". W 1825 r. powstawały szkice do
nieukończonej uwertury na temat b-a-c-h. Z tego samego roku pochodzą słowa
Beethovena, które zapisał Karl Gottlieb Freudenberg: "powinien nazywać się nie
Bach ("strumień"), lecz Meer ("morze"), z powodu swojego nieskończonego,
niewyczerpalnego bogactwa kombinacji dźwiękowych i harmonii". Oczywiście, na
festiwalu obecna była także muzyka Beethovena. Choćby w romantycznie wykonanym
przez Juliana Rachlina "Koncercie skrzypcowym D-dur", tajemniczo tanecznej
(piękne żałobne "Assai meno presto") i brawurowej "VII Symfonii" (NOSPR pod
batutą Jana Krenza), klasycznie wyrazistym "Koncercie potrójnym C-dur" (Elina
Vähälä - skrzypce, Arto Noras - wiolonczela, Ralf Gothoni - fortepian, świetna
English Chamber Orchestra), wzorcowo monumentalnej "Missa Solemnis" (Orkiestra i
Chór Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita), wreszcie "IX Symfonii".
Schillerowskie "Alle Menschen werden Brüder" zakończyło w świąteczny
poniedziałkowy wieczór festiwal; wykonanie hymnu Unii Europejskiej niemal
zbiegło się w czasie z podpisywaniem przez Polskę traktatu akcesyjnego. Ale
krakowskie wielkanocne święto muzyki wydaje się być w Europie od zawsze, a dziś
nawet bardziej w Europie (świecie) niż w samej Polsce. Dlaczego? O znaczeniu
każdego festiwalu świadczy przede wszystkim jego artystyczna jakość; ta w
Krakowie od zawsze utrzymuje raczej wysoki poziom. Ale zachodzi
niebezpieczeństwo, że festiwal "odkleja się" od Krakowa; może nie od krakowskich
hotelarzy czy restauratorów, ale od krakowskich (polskich) melomanów, dla
których najzwyczajniej w świecie zabraknie miejsca. Ponad połowę publiczności
stanowią obcokrajowcy, na niektóre koncerty ciężko było się dostać także
dlatego, że większość miejsc została zarezerwowana dla przyjezdnych grup. Czy
miasto i państwo (Festiwal "sponsorują" przecież w dużej części Urząd Miasta
Krakowa oraz Ministerstwo Kultury i Sztuki) stać na organizowanie kosztownej
imprezy "turystycznej"? To może nie zarzut, tylko głośno postawione pytanie, na
które sam nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Oczywiście problem też w tym, czy
tych krakowskich melomanów może być jeszcze więcej... I na kim organizatorom tak
naprawdę zależy. Zastanawiają także niektóre rozwiązania repertuarowe. Dlaczego
bowiem podczas Wielkanocnego Festiwalu nie wykonano dotychczas "I Symfonii"
Beethovena, a aż czterokrotnie "II Koncert fortepianowy"? Dlaczego w tym roku
nie zabrzmiały trzy ostatnie sonaty fortepianowe Beethovena (E-dur op. 109,
As-dur op. 110, c-moll op. 111) czy ostatnie kwartety - dzieła, w których idiom
barokowy odcisnął się chyba najwyraźniej? Może też wreszcie przestać organizować
przegląd, a zacząć - wzorem choćby festiwalu w Salzburgu -inicjować rzeczy nowe?
Na przykład zderzyć muzykę Beethovena z jej XX-wiecznymi odbiciami czy
odpryskami (choćby "Trójgraniasty kapelusz" de Falli z cytatem "V Symfonii").
Czy wreszcie otworzyć nowe drzwi i zadać kompozytorom - nie tylko krakowskim -
twórczą łamigłówkę... Lista utworów mogłaby być długa: "Symfonia na temat "Eroiki"",
"Sonata patetyczna", "Sonata Kreutzerowska", "Symfonia pastoralna", Kwartet
"Wielka fuga"", "Oda do radości" (Miłosz? Szymborska? Lipska? Zagajewski?...). A
może "Oda do smutku" Marcina Świetlickiego jako podstawa symfonicznej kantaty...
(ted)
Bonn - Beethovena
Kiedy w dwutysięczną rocznicę istnienia Bonn
przypadająca w 1989 roku, szukano marki, która miałaby szansę wypromować miasto,
wybór jednomyślnie padł na Beethovena. Beethoven urodził się w Bonn i spędził tutaj
pierwsze 22 lata swego życia. Mimo, że nie były one dla niego sielskie i
anielskie, to swój Heimat do końca życia wspominał z tkliwością. Na przykład o
Renie mówił "nasz ojciec Ren". Dom, w którym Beethoven przyszedł na świat, jest
typowym domem bońskim z okresu baroku. W 1889 roku (119 lat po urodzeniu
Beethovena) groziło mu wyburzenie. Wtedy dwunastu bończyków, chcąc go uratować,
założyło Stowarzyszenie Dom Beethovena. Udało się im pozyskać także sąsiedni
przeznaczony do wyburzenia budynek i w obu obiektach utworzyli Muzeum Dom
Beethovena (Beethoven-Haus). Dziś jest to największy ośrodek beethovenowski na
świecie. Znajdują się w nim wzruszające eksponaty m.in. ostatni fortepian
Beethovena, który został wyposażony w dodatkowe struny, aby kompletnie głuchy
kompozytor mógł przynajmniej odczuwać wibracje pod palcami. Oprócz ekspozycji
ukazującej całe życie Beethovena, w ośrodku jest ponad 1000 manuskryptów, z
czego jedną połowę stanowią nuty, a drugą - korespondencja i osobiste zapiski. W sąsiednim budynku utworzono Digitales
Beethoven-Haus, gdzie na ekranach komputerów można zobaczyć wszystkie dokumenty
archiwalne, a z odtwarzaczy najwyższej klasy posłuchać utworów Beethovena w
mistrzowskich interpretacjach. Beethoven-Haus jest najważniejszych miejscem na
Szlaku Beethovenowskim w Bonn, ale obiektów związanych z kompozytorem jest w
mieście kilkanaście. Należy do nich uniwersytet. 19-letni Ludwig był słuchaczem
wykładów z literatury niemieckiej na Mixische Akademie, która była poprzedniczką
dzisiejszego uniwersytetu bońskiego. W katedrze oraz w kościele
św. Remigiusza
grał na organach podczas mszy, a w Reducie wystąpił przed Haydnem, który
zatrzymał się w Bonn po drodze z Wiednia do Londynu. Pomnik przed pocztą został
odsłonięty w 1845 roku, w 75 rocznicę urodzin Beethovena. Kompozytor nie żył już
od 18 lat. W tym samym roku odbył się w Bonn pierwszy Festiwal Beethovenowski,
który zaszczycili swoją obecnością Liszt i Berlioz. Odtąd
impreza odbywała się nieregularnie. W 1998 roku stała się corocznym festiwalem
międzynarodowym o nazwie Beethovenfest, a dwa lata później została przyjęta do
Europejskiego Stowarzyszenia Festiwali skupiającego najbardziej prestiżowe
festiwale naszego kontynentu. Koncerty odbywają się nie tylko w Bonn, ale także
w uroczych miejscowościach podbońskich. Przed salą koncertową Beethovenhalle
stoi pomnik autorstwa profesora Klausa Kammerichsa z Dusseldorfu. Jego nazwa
"Beethon" nawiązuje do materiału, z którego jest zrobiony, czyli do betonu.
Kiedy patrzy się na niego z bliska, widać tylko betonowy labirynt i nic więcej.
Dopiero z pewnego oddalenia, nieregularne płytki układają się w twarz
kompozytora. To majstersztyk godzien geniuszu Beethovena.
(ted)
Jak słońce pośród ciemnego kłębowiska chmur!
Komentarze do V i VI symfonii L. v. Beethovena
V Symfonia Beethovena jest utworem muzycznym,
który już od pierwszych lat naszego doświadczenia wychowawczego pomagał nam
myśleć.
W sensie chronologicznym to właśnie dzieło
Beethovena proponowałem moim pierwszym uczniom, pierwszym dziesięciu, piętnastu,
którzy spotykali się ze mną. A robiłem to, aby wzbudzić w nich ten wymiar ideału
i ryzyka życia, bez którego pozostaje się bezczynnym, takim jak inni, ten
wymiar, bez którego człowiek się nudzi, jak wszyscy inni: nie bez powodu nazywa
się ją "symfonią losu". Słuchaliśmy przede wszystkim pierwszej części Symfonii,
tej z "losem pukającym do bramy". Początek to wtargnięcie wydarzenia. Cały
dramat orkiestry rozwija się począwszy od wydarzenia owych czterech początkowych
nut, które nieustannie powracają. W nich dochodzi do głosu ów los, który
przemierza życiowe doświadczenie zabłąkania, klęski albo smutku i który ukazuje
się często z tej najtwardszej strony: próby albo pokusy. Pokusa jest burzą, jak
ta opisana w cudowny sposób w czwartej części Szóstej Symfonii, dla mnie
najbardziej udanej symfonii Beethovena. Ta część wprowadza, antycypuje i opisuje
burzę, która przychodzi i przechodzi. Przechodzi, i wszystko kończy się słodyczą
rzeczy, które zostały uczynione. Tym niemniej jest tylko jeden sposób zachowania
się w obliczu rzeczywistości, dzięki któremu rzeczy stają się przedmiotem albo
lepiej podmiotem, przyczyną owej delikatności (czułości), dla której człowiek
został stworzony: próby, które musimy przejść objawiają, potwierdzają wolę
wychowawczą, pedagogiczną, z jaką Jezus odnawia ekspansję, eksplozję,
proklamację swojej wielkości. I, w istocie, pobożność budzi podziw, czyli
uwielbienie, a ono jest wielkim źródłem modlitwy. Jeśli prawda komunikuje ci się
łącznie z burzami, to aby przezwyciężyć burzę musisz być wierny temu, do czego
przynależysz, do czego już przynależysz, bo uznałeś to za coś prawdziwego. Teraz
nie uznajesz tego za prawdziwe tylko dlatego, że niebo zasnute jest dla ciebie
chmurami, lecz - jeśli pozostaniesz wierny - bardzo łatwo zdarzyć się może, że
staniesz się widzem wspaniałej rzeczy: prawdy tajemniczej i wiecznej, która
dociera do ciebie jak światło porannej zorzy, albo jak promień słońca pośród
kłębowiska chmur. Gatunkiem symfonicznym kompozytor XVIII stulecia zamierzał
wypowiadać się przed bardzo szerokim audytorium; niemniej jednak ludzkość, do
której zwracają się Symfonie Beethovena, nie była jedynie jakąś cząstką ludu:
chodzi mu o świadomość pojedynczego człowieka i nieskończone pragnienia jego
serca. Generalny wydźwięk V Symfonii przywołuje na myśl patos i uniesienie
(wrzawę) walnego zebrania, a jednak wyraża i budzi to, czego człowiek szuka w
głębi: sens wszystkiego. Ta Symfonia budzi nieskończone pragnienie, zawołał
zdumiony pisarz E.T.A. Hoffman w swojej recenzji Piątej Symfonii. Epiczna
inspiracja, patetyczna prostota, ścigające się powtórzenia, potęgowanie czynnika
elementarnego, energiczne rytmy, imponująca monumentalność połączona z
ekstremalnym zróżnicowaniem wewnętrznym, oto cechy charakterystyczne V Symfonii,
skomponowanej przez Beethovena pomiędzy 1804 a 1808 r. (prawykonanie miało
miejsce w grudniu tegoż roku, pod batutą samego kompozytora). Symfonia wybitnie
nadaje się do wyrażenia tego, co wielkie, świąteczne, podniosłe, recytowała na
głos teoria muzyki ówczesnej epoki. Właśnie tak, jak zachowuje się Beethoven,
którego muzyka wydaje się z impetem płynąć ku ujściu, jak wezbrana rzeka. Nigdy
muzyka nie przedstawiała tak dosłownie "ludzkiego ja w działaniu": Beethoven
przenika cię, zasypuje pytaniami, wstrząsa twoim ja i żąda odpowiedzi, zajęcia
stanowiska. Nie możesz pozostać obojętnym. Beethoven przejmuje tradycję (formy,
gatunki, struktury, motywy, lekcję Haydna i Mozarta), ale wypełnia ją
oczekiwaniami osobistymi, dążeniami i pytaniami, przesłaniami i misją,
niezwykłymi treściami, do tego stopnia, że pojemnik "Symfonia" napręża się i
deformuje. Muzyce powierza Beethoven wszystkie swoje wymogi, nie wyłączając
żadnego. Mozart pisał utwór, konstruując go na miarę artysty, który miał go
potem wykonać; Beethoven nie przejmuje się tym i zmusza wszystkich, wykonawców i
słuchaczy, aby podążali za nim jego niedostępnymi ścieżkami. W Scherzo Piątej
Symfonii wiolonczele i kontrabasy grają tak jak nigdy dotąd nie grały,
wyczerpując aż do końca swoje wielorakie możliwości. V Symfonia jest
nadzwyczajną manifestacją siły, ekscytacji, ryzyka, wirtuozerii, która staje się
dramatem, walką. Symbolicznie przebieg Piątej Symfonii prowadzi nas od dramatu
części pierwszej do pozytywnego rozwiązania w zakończeniu. V Symfonia rozpoczyna
się motto złożonym z